Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
sobota, 22 października 2011

Nie wiem jak to obecnie wygląda w Polsce, z tego, co pamiętam, to zupełnie nie do pomyślenia, natomiast tutaj na porządku dziennym. Chodzi mi o dwie sprawy: traktowanie pidżamy i/lub szlafroka jako ubrania dziennego oraz robienie makijażu w autobusie. O, przepraszam, nie rozumiem też do połowy obgryzionych z lakieru paznokci.

Kwestia pierwsza: w życiu nie odważyłabym się na wyjście z domu w pidżamie, nawet owinięta w szlafrok na odległość potrzebną do wyrzucenia śmieci do kosza (to też raczej w ekstremalnych przypadkach). Po 6 latach na zielonej wyspie nadal widok osoby wsiadającej do samochodu w tym to gustownym ubraniu, bynajmniej nie obłożnie chorej i jadącej do szpitala!, delikatnie mówiąc zaskakuje mnie. Ostatnio widziałam młodego sąsiada (nota bene sympatycznego lokatora niesympatycznej sąsiadki), który z kubkiem kawy, w pidżamie i szlafroku wsiadał do samochodu. Tutaj niektórzy pidżamę uważają za wygodny strój codzienny! Na tyle codzienny, że nie wstydzą się wyjść tak ubrani do sklepu, czy nawet jechać autobusem.

Podziwiam kobiety, które wprawną ręką robią codzienny poranny makijaż w autobusie. Codziennie dojeżdżam do pracy tym właśnie środkiem lokomocji i widzę mistrzynie w rysowaniu kreski, nakładaniu cieni czy tuszowaniu rzęs! To naprawdę niezła ekwilibrystyka, bo nie przerywają nawet na zakrętach! Dla mnie makijaż to taka... trochę prywatna sprawa. Owszem, wyjdę bez makijażu z domu, szczególnie w weekend, ale nie będę go robić w miejscu publicznym. Jakoś tak mi to nie leży po prostu. Pomijam już fakt, że kreska nawet na stabilnym gruncie wychodzi mi czasami różna na każdym oku.

I ostatni temat: staranny makijaż, elegancki strój i... lakier z paznokci zjedzony do połowy. Niech mi ktoś wytłumaczy, bo nie rozumiem - jak elegancka kobieta może włożyć tyle wysiłku w poranną toaletę, a nie zadbać o dłonie, które podobno są naszą wizytówką? W pracy często widziałam koleżanki z paznokciami w takim stanie, że mi przeszkadzałyby gdybym sprzątała w domu! Nie ma czasu, żeby je pomalować? To niech przynajmniej zmyje lakier!

Co kraj to obyczaj, ale wydawało mi się, że podstawowe zasady klasy czy schludności są wszędzie podobne... Irlandia jednak po raz kolejny wyłamuje się moim wyobrażeniom :)

20:13, zaba791
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 października 2011

Dopadł mnie chyba ten sam wirus, który ostatnio męczył Zośkę, wczoraj w nocy trochę też Marysię (Mania ma dużo większą odporność niż Zosia, dużo silniejszy organizm, więc choruje rzadziej i lżej) - brzuch boli tak, jakby mi ktoś wnętrzności skręcał. Tak więc zrobiłam sobie dzisiaj wolne od pracy. Opiekunka i tak przyjechała, więc mogłam pospać z przerwami do 10. Teraz zaprowadziła dziewczynki do przedszkola, skąd ja odbiorę je o 16:30. Mam dla siebie 3 godziny! Odrobina luksusu. Poleżeć w łóżku, pomyszkować w sieci, może pospać trochę - co tylko chcę! Szkoda tylko, że tak kiepsko się czuję...

Sąsiadka zgodnie z obietnicą pomalowała swoją stronę murka, tzn. ten cały nieszczęsny "parapet". Na czarno. Jeszcze bym to jakoś przeżyła, ale pomalowała też połowę filaru! Wygląda to idiotycznie, bo my mamy dwa takie same filary przy podjeździe, jej jest inny. No i teraz ten pomiędzy jest na pół na czarno pomazany. Zastanawiam się teraz czy odpuścić, czy i jej życie umilić... Zaczynam się powoli skłaniać ku tej drugiej opcji.

Muszę jakieś zdjęcia powrzucać tutaj, bo moje dziewczynki przez ten długi czas bardzo się pozmieniały. Szybko się rozwijają, coraz wyraźniej widać już, że są dwiema odrębnymi i różnymi osobowościami. Są ze sobą bardzo blisko, Zosia jest bardzo opiekuńcza, Marysia z kolei to złośnica mała czasami :) Eh, mogłabym pisać o nich dużo. Są najlepszym, co zrobiłam w życiu. Moim skarbem.

Słucham Aleksandry Kurzak. Wystąpiła ostatnio o Kuby Wojewódzkiego i zrobiła na mnie niesamowite wrażenie sukcesami, jakie odnosi i swoją pewnością siebie. Jak ładnie to brzmi: "Dlaczego występujesz w najlepszych operach świata?" - "Bo jestem dobra". W Polsce nadal jeszcze często odbierane to jest jako przejaw zadufania w sobie. A to po prostu zdrowa świadomość swojej wartości. Ja też od jakiegoś czasu trochę lepiej radzę sobie na tym froncie, ale wiele lat zajęła mi zmiana nastawienia.

Oj, chyba na tyle tego pisania. Brzuch boli, prześpię się, żeby potem mieć siłę jak wrócą dziewczynki, bo opiekunki już nie będzie.

14:55, zaba791
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 października 2011

Afera z murkiem zasługuje na oddzielny wpis. Nie jestem pewna jaką nadać jej kategorię - czy bardziej się śmiać, czy może płakać.

Nasz dom kupiliśmy 4 lata temu (za dwa dni minie dokładnie 4 lata). Wymagał (i nadal wymaga) trochę pracy. Z przodu domu stoi murek odgradzający nasze podwórko od przodu i sąsiadów po bokach. Murek od początku był w kiepskim stanie, szczególnie ten od strony sąsiadki, którą dzielimy podjazd - bez fundamentów, tylko trzy poziomy pustaków, od góry przykryte tzw. parapetem. W maju 2009 roku Kocur przypadkowo zburzył murek, trącając go samochodem. Nie było żadnego wzmocnienia, więc poleciał cały. Sąsiadka od początku była dosyć specyficzna i nie najłatwiejsza we współżyciu, więc baliśmy się jej reakcji. Jednak obyło się bez większych awantur, zgodziła się z nami, że bez murka jest więcej miejsca, że może za jakiś czas wstawimy bramki między naszymi domami i będzie ładniej. Po kilku miesiącach jednak zmieniła zdanie i zażądała odbudowania murka. Zaskoczyła nas tym, Kocur nie za bardzo chciał, bo twierdził, że jak jej teraz ustąpimy, to znajdzie kolejną rzecz do której się przyczepi. Muszę wyjaśnić, że nie jesteśmy kłopotliwymi sąsiadami, a wręcz przeciwnie. Wiele razy jej pomagaliśmy, nie musiała nawet prosić. A to odśnieżyć podjazd, a to zabrać pralkę, która stała u niej na dworzu od miesięcy, a to wstawić kosze na śmieci... W każdym razie w marcu tego roku Kocur odbudował murek. Myśleliśmy, że sąsiadka będzie zadowolona, ale gdzie tam! Dopiero zaczęła się awantura! Że murek jest za niski (niższy o pół pustaka), że nie ma parapetów, że jest krótszy, że dwa centymetry bardziej w jej stronę niż był wcześniej. Na nic zdały się tłumaczenia, że nie może być dłuższy ani wyższy, bo z drugiej strony nie ma żadnego wzmocnienia, a fundamentów nie damy rady zrobić, bo stoi na betonie. Że teraz jest idealnie pośrodku, w dodatku musi tak stać, bo jest centymetr różnicy w wysokości między jej betonem a naszym. Zaczęła nas straszyć sądem (bo ona wszystko wie, pracuje w biurze radcy prawnego i ona nam pokaże!), dzwonić że wynajmujemy studio na tyle naszego domu (teoretycznie nie powinniśmy, praktycznie wiele osób w ten właśnie sposób jakoś ceruje swój budżet), nasyłać na nas pana że studio jest za duże itd. Dużo nerwów, jak tylko ją widziałam, zaczynałam się trząść.

Sąsiadka w końcu dotrzymała słowa i po wymianie korespondencji spotkałyśmy się w sądzie. Próbowałam jeszcze z nią rozmawiać (sędzina cały czas powtarzała, że jeśli strony dojdą do porozumienia, nie będą musiały czekać na swoją kolej przed sądem), ale kiedy ona i jej prawnik (nikt inny nie był tam z prawnikiem, to Small Claims Court, gdzie strony same się reprezentują) przedstawili mi wycenę 650 Euro, w dodatku byli bardzo agresywni, poddałam się i poczekałam na moją kolej w sądzie. Najpierw swoją wersję wydarzeń przedstawiła sąsiadka. Ja nie miałam pytań. Potem przed sądem wystąpiłam ja, potwierdziłam to, co powiedziała ona, ale wytłumaczyłam dlaczego murek wygląda tak, a nie inaczej. Kiedy przyszła kolej zadawania pytań sąsiadki, ona od razu zaczęła: "Mówiliście, że nie macie pieniędzy, żeby odbudować murek, a pojechaliście na wakacje na trzy tygodnie do Polski!" (w tym momencie przerwałam jej mówiąc, że tak właściwie to było 5 tygodni, kiedy pojechaliśmy na święta do domu), "Potem jeszcze pojechaliście tam...!" Tutaj przerwała jej sędzina mówiąc, że to nie ma żadnego związku z murkiem i ona tego nie chce w ogóle słuchać. Na twierdzenie sąsiadki, że murek nie jest prosty, sędzina odpowiedziała, że to nie jest coś, z czym ciężko żyć. Generalnie sędzina zaproponowała, żebyśmy pomalowali murek i nałożyli parapet, na co ja się zgodziłam od razu (koszt około 40 Euro plus praca Kocura), sąsiadka też musiała na to przystać.

Jej mina, kiedy wychodziła z sądu ze swoim adwokatem była bezcenna. Warto było spędzić cały dzień w sądzie, żeby to zobaczyć.

Wczoraj zapytałam jej, czy jest zadowolona z ostatecznego wyglądu murku, na co ona odparła: "Ja chcę jeszcze jedną warstwę farby! A połowę parapetów od mojej strony maluję na czarno!". Pozostałe parapety na naszych murkach są brązowe, ona swoich pozostałych murków nie ma nawet pomalowanych... Eh, zdenerwowałam się tylko.

Tak to niestety czasami jest, kiedy ludzie mają za dużo czasu. Rozprawa w sądzie o murek, który stoi, jest solidny i dużo lepszy niż poprzedni? Sąsiadka jest tuż po 40-tce, jest samotna i przez te 4 lata, jak tu mieszkamy, powiększyła swoje wymiary mniej więcej dwukrotnie. Na obiad codziennie zamawia jedzenie na wynos, zestaw dla dwojga żeby nie było. Nie wiem czy to kwestia zazdrości? Czy nudów? Przecież nie zrobiliśmy jej nigdy niczego złego, zawsze byliśmy uprzejmi, pomocni. Sąsiadka, pani E, nie odpowiada nawet na moje grzecznościowe "Hello". Trudno, ja bez tego mogę żyć. Jednak nigdy już więcej nie zaoferuję jej pomocy.

21:53, zaba791
Link Komentarze (7) »
niedziela, 16 października 2011

Nie pamiętam kiedy ostatni raz siedziałam sobie spokojnie rano, z kubkiem kawy... Dalej miało być o tym, że bez biegających dookoła dziewczynek, bez fochów i porannych humorów. Ale usłyszałam na górze "klap klap klap", malutkie nóżki Marysi i jej zachrypiały głosik "Maaamaaaa!". No i to by było na tyle, jeśli chodzi o chwilę spokoju. Potem zaczął się normalny dzień. Ale cały weekend był bardzo fajny.

Wczoraj zajęcia taneczne dziewczynek, potem wizyta u Moniki, Szymona i Adasia. Wieczorem przyjechała "ciocia Bożenka" i została z naszymi dwoma potworkami, a my pojechaliśmy na kolację. Nie wiem kiedy ostatni raz byliśmy razem na kolacji, tak na spokojnie, tylko my we dwoje, w restauracji. Bardzo fajne miejsce - ledwo udało nam się dostać stolik, dobre jedzenie, muzyka na żywo (hiszpańska, całkiem przyjemnie). Wypiłam butelkę wina (!), a Kocur pił tylko wodę, ale rano jego bolała głowa, a mnie nie! :) Tak to ja mogę pić! :D Dzisiaj najpierw sprzątanie domu - we dwoje poszło szybko, a dziewczynki grzecznie bawiły się same. Później pojechaliśmy do parku, który Kocur wypatrzył gdzieś w internecie. Piękne miejsce! Dużo przestrzeni, zieleni, trochę drzew i fantastyczne plac zabaw - niezliczona ilość zjeżdżalni, huśtawek, pajączków do wspinania. Raj dla dzieci. Powrót do domu, szybki obiad, Kocur pojechał na spotkanie, a ja zabrałam się za porządki przed domem. Róże tak zarosły chwastami, że ich nie było prawie widać! (ok, niskie są bardzo, bo Kocur je przyciął niedawno), liście na trawniku i podjeździe. Z raźną pomocą dziewczynek uwinęłam się w półtorej godziny. Wieczorem jeszcze odwiedziny znajomych, kolacja i teraz wreszcie chwila, żeby usiąść na spokojnie. Obejrzymy pewnie coś w telewizji i do łóżka! Padam na nos, a jutro muszę wstać jeszcze wcześniej niż w ubiegłym tygodniu... No i weekend zleciał jak z bicza trzasnął. Czasami te dni uciekają tak szybko, że jak się dobrze zastanowię, jestem już tydzień lub dwa dalej, niż myślałam.

Jeszcze tylko sąsiadka mnie zdenerwowała dzisiaj, ale to już historia na osobny wpis. To jest taka w sumie zabawna... a może raczej tragikomiczna historia o tym, jak to ludzie mają za dużo czasu na myślenie jak innym uprzykrzyć życie...

Dobrej nocy!

22:01, zaba791
Link Komentarze (3) »
piątek, 14 października 2011

Uff, ciężki tydzień! Rano wcześniej do pracy (nadgodziny, każdy grosz się przyda), wieczorem później do domu (nadgodziny, każdy.. itd). W pracy były dni spokojne, ale też intensywne. Noce, odkąd dziewczynki spokojnie przesypiają do rana ogólnie nadal też dobre, nawet Marysia nie przychodzi do nas do łóżka nad ranem, ale wczoraj już obudziła się dwa razy. Codziennie obiecywałam sobie, że wcześniej się położę, kończyło się na wcześnie koło północy... Dobrze, że już weekend, choć planów też mamy całą masę...

Jutro o 12 dziewczynki zajęcia taneczne. Początkowo miała chodzić tylko Zosia, bo przyjmują od 3-go roku, jednak dwa ostatnie zajęcia Marysia spędziła na sali, bawiąc się lepiej niż starsze od niej dzieci. Od jutra więc Mania zostanie na tych zajęciach, a Zosia pójdzie na swój wymarzony balet. Nie chcieliśmy jej na razie zapisywać na balet, ale ona ciągle tylko o tym mówi, więc kiedy instruktorka się zgodziła (w większości miejsc przyjmują dzieci od 4-go roku życia), postanowiliśmy jednak jej pozwolić. Popołudniu jedziemy do znajomych, wieczorem ... Wieczorem idziemy na randkę! Pierwszy raz od lat chyba. Znajoma zostanie przypilnować dziewczynki, a my jedziemy na kolację. Ładnie się ubiorę, zrobię makijaż i mam nadzieję, że spędzimy miły, romantyczny wieczór.

W niedzielę chcemy pojechać do parku z placami zabaw dla dzieci. I mam nadzieję, że wieczorem uda mi się usiąść przed telewizorem i obejrzeć coś nie wymagającego myślenia. Z kubkiem herbaty i ciastkiem w drugiej dłoni...

W pracy po ponad dwóch latach zastoju HR zaczęło działać normalnie. Co to znaczy w praktyce? Pojawiają się znów oferty pracy na wyższych stanowiskach. Na początku przyszłego roku ma zostać zmieniona struktura jeśli chodzi o depozyty i to powinna być szansa dla mnie. Moja działka, w której czuję się silna. Dzwonią do mnie czasami ludzie z innych oddziałów, albo z biura regionalnego, żeby zapytać jak? co? po co? dlaczego? Od razu mam inne nastawienie, bałam się już, że utknęłam, nie tylko na tej mojej pensji, ale przede wszystkim mało się już uczę. Mam nadzieję, że będę miała szansę nauczyć się dużo więcej, szczególnie jeśli będę pracowała w managerem regionalnym. Ale do tego czasu muszę jeszcze chwilę poczekać.

Jesień w tym roku mamy ciepła i jak na Irlandię w miarę suchą. Wracałam dziś z pracy po 18 i na termometrze zewnętrznym wyświetlone było 16 stopni! Połowa października. Oby tylko zima okazała się jednak łagodniejsza, niż w ubiegłym roku... Albo niech przynajmniej miasto zainwestuje w pługi śnieżne! Przy 5 cm śniegu miasto staje w poprzek. I ani drgnie... Ale na razie jest jeszcze jesień i niech potrwa jeszcze trochę!

22:29, zaba791
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 października 2011

Od dłuższego czasu przechodziliśmy kryzys. Trwało to już ponad rok chyba. Brak pracy (Kocur), problemy z pieniędzmi, zmęczenie (oboje), może też klimat... W ciągu ostatniego pół roku wydarzyło się między nami sporo złego. Stąd wyprowadzka Kocura prawie dwa tygodnie temu. Wrócił następnej nocy. Szczerze mówiąc te dwa wieczory bez niego w domu były bardzo spokojne. Dotarło do mnie, że dam radę, że poradzę sobie bez niego i bez jego pomocy nawet. Ale wrócił. Przez kilka dni oboje nie wiedzieliśmy na czym stoimy. Czy to już koniec czy nie. Czy damy sobie kolejną szanse czy nie ma już sensu. Postanowiliśmy spróbować po raz kolejny. Nie wiem który to już raz, ale to nieistotne. Próbowaliśmy już terapii małżeńskiej, "zaczynać od nowa", analizować przeszłość... Wielu rzeczy próbowaliśmy. Dlaczego tym razem ma się udać? Nie wiem, może rzeczywiście udało nam się poukładać wszystko w głowach tak, że będziemy potrafili odkreślić przeszłość. Nie zapomnieć, ale odkreślić. Mam nadzieję. Chcę mieć szczęśliwą rodzinę z Kocurem. Mamy przecież tak dużo! Zaczynając od dwóch cudownych córeczek, przez dom, przeszłość, plany na przyszłość. Jest o co walczyć. I mam nadzieję, że się uda. Choć pewnie nie będzie łatwo. Na razie jest sielanka niemal. Niech trwa jak najdłużej.

Mam laptopa i większy dostęp do internetu, większy spokój w pisaniu. Przyjemnie tak posiedzieć przy stole w jadalni, kiedy Kocur obok ogląda telewizję czy krząta się w kuchni, dziewczynki śpią na górze (no, prawie śpią...). Mam nadzieję, że wrócę tu na stałe. Brakowało mi bloga!

Mam wielką prośbę: wszystkie "zakluczykowane" blogowiczki, które pozwolicie mi znów Was czytać, wyślijcie mi proszę kluczyki, bo dawno już straciłam ważność. Alicze, możesz jeszcze raz? Niczego nie dostałam :(

22:27, zaba791
Link Komentarze (7) »
czwartek, 29 września 2011

Nie wiem tak naprawde co napisac. Czy tlumaczyc dlaczego? Jak do tego doszlo? Nie wiem czy dalabym rade ogarnac to wszystko w jedna sensowna calosc. Problemy mielismy wlasciwie od poczatku zwiazku, ale ostatni rok to byla wlasciwie rownia pochyla. Jeszcze probowalismy, byla terapia, analizowanie, staranie sie... Jednak zbyt wiele zlych rzeczy sie wydarzylo. Nie da sie z nimi juz zyc normalnie.

Wrocilam wczoraj z pracy, na gorze stal spakowany plecak. Zapytalam tylko: wyprowadzasz sie? Kiedy? Wieczorem juz go nie bylo. Na szczescie nie jestem tu sama, mialam z kim zostawic dzis dziewczynki, na najblizsze tygodnie tez bede miala. W pracy zalatwilam juz tez kilka rzeczy. Polowli, mozolnie, zbuduje nowe zycie. Dla siebie i dziewczynek. Mam nadzieje, ze dosc juz atrakcji i teraz bedzie juz spokojnie. Choc nie jest latwo i wcale nie bedzie latwiej. Ale naucze sie i poradze sobie. I kiedys znow bede szczesliwa. Sama czy nie. To juz od dawna nie bylo szczescie.

Dziekuje za wszystkie mile slowa, za troske. Nie ma sie co martwic, co nie zabije to wzmocni, prawda? Zmeczona jestem potwornie tylko. I tyle. Przynajmniej nie bede miala problemow ze snem.

21:55, zaba791
Link Komentarze (10) »
środa, 28 września 2011

Zielony to nadal mój ulubiony kolor. Ale nie jestem już Żabą ani Żabulcem. Kocur się dziś wyprowadził. Pora zacząć nowe życie. W pojedynkę. I dam radę. Muszę dać. Dla dziewczynek. Dla siebie. 

23:25, zaba791
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 września 2011

Zastanawiamy się nad zakupem laptopa dla mnie. I tak sobie myślę, że jeśli plany się urzeczywistnią, to może zacznę znowu pisać? Straciłam kontakt z wieloma z Was i przyznam, że brakuje mi tego. Gdzieś w natłoku pracy, obowiązków domowych i dwójki dzieci oraz licznych ostatnio problemów brakuje mi chyba odskoczni. Nie wiem tylko czy będę mogła albo potrafiła być szczera, a pisać pobieżnie? Nie umiem... W każdym razie chyba spróbuję. Jak tylko kupimy laptopa. Dobry pomysł?

19:52, zaba791
Link Komentarze (9) »
środa, 09 lutego 2011

Gdańsk przywitał mnie wczoraj wieczorem silnym wiatrem i przenikliwym zimnem. Jednak to nieistotne - na dwa dni jestem w Polsce, bez dzieci, bez wstawania w nocy, bez gotowania, bez sprzątania... dwa dni z siostrą (młodszą, średnia już u nas, pomaga Kocurowi zajmować się dziećmi), szwagrem (opiekuje się mną tak dobrze, że nie musiałam dziś myśleć o NICZYM oprócz dwóch rozmów kwalifikacyjnych) i samą sobą.

Miałam dziś dwie rozmowy kwalifikacyjne. Pierwsza, 10 rano, telekonferencja z panią i panem z Warszawy. Zastanawiam się kto wybrał moje doświadczenie na to stanowisko! Zero doświadczenia w dziedzinie (szczerze mówiąc, wysyłając wiele odpowiedzi na ogłoszenia, nie zawsze trafiałam dokładnie w to, w czym mam już doświadczenie). Póki pytała pani z zasobów ludzkich, czyli standardowe: co panią motywuje do pracy itd, było ok. Kiedy pan, szef działu, w którym miałabym pracować, zapytał: czy wie pani co to jest wskaźnik-jakiś-tam-nawet-nie-powtórzę-jaki, odpowiedziałam zgodnie z prawdą: nie wiem. Acha, mówi pan, czyli pani odpowiedzi na moje kolejne podobne pytania będą brzmiały tak samo? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że tak. Nie liczę raczej, że złożą mi ofertę pracy.

Druga rozmowa, zupełnie inna bajka. Sama rozmowa wyglądała też inaczej, a to dopiero pierwsza z trzech ewentualnych (tylko kto mi za przeloty zapłaci?!). Wydaje mi się, że zrobiłam na pani dobre wrażenie, na pewno moje doświadczenie w obecnej pracy odpowiada wymaganiom na tym stanowisku. Odezwie się w ciągu trzech tygodni i wtedy ewentualnie będziemy się umawiać na kolejną rozmowę, tym razem już z dyrektorami. Praca ciekawa, nawet bardzo, pakiet socjalny wygląda dobrze (opieka medyczna, ubezpiecznie, karnety na siłownie itd.), premie kwartalne i roczne, duże możliwości awansu (nowy bank, bardzo silnie i akywnie się rozwija). Trzmajcie więc kciuki, żebym za kilka dni uslyszała: zapraszamy panią na kolejną rozmowę.

A Gdańsk? Lubię Gdańsk. Nawet kiedy jest zimno i wieje. Uwielbiam też cholera Galerię Bałtcką...! :) Mieszkanie, które będziemy mogli po powrocie od zaraz wynająć ładne, przyjemne, świetna lokalizacja, świetna cena. Powoli wszystkie elementy układanki zaczynają się wspasowywać na swoje miejsca.

Jutro wracam. Wracam do moich dziewczynek, do Kocura i do siostry, z którą będę miała jeszcze na szczęście pięć dni. Muszę jej jakoś wynagrodzić dwa dni zajmowania się dziećmi! (Kocur dziś cały dzień znów pracował przy domku, który wynajmujemy nowej osobie). Plany już są, to będzie kilka fajnych dni. Mam urlop, więc jeszcze kilka dni na odpoczynek :)

23:02, zaba791
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42