Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
czwartek, 31 lipca 2008

Wczoraj obiecałam, że napiszę jeszcze o Stephane Pompougnac. Proszę w tle włączyć sobie mój ulubiony utwór jego autorstwa http://www.youtube.com/watch?v=Cs1VvqimOYY (to nie jest wersja oryginalna, ale również ma swój urok, dopiero w połowie pojawia się oryginał) i zapraszam...

Stephane zasłynął jako autor kompilacji dla słynnego paryskiego hotelu Costes. Kompilacji ukazało się już chyba dziesięć, w międzyczasie wydał też płytę ze swoimi utworami, z której pochodzi m.in. "Morenito", utwór, który napisał dla swojej małej córeczki. Kiedy agencja, dla której pracowałam, postanowiła zaprosić go do Polski, jego fanów ogarnął szał. Przypominam, że był to okres popularnego "klubingu", a miękkie rytmy lounge cieszyły się ogromną popularnością. Zastanawialiśmy się jak Pompougnac poprowadzi swoją imprezę, czy będzie można się tylko kołysać, czy może raczej poszaleć na parkiecie. Okazał się być fantastycznym, dynamicznym DJ'em, publiczność dosłownie oszalała! Chętnych do wejścia na imprezę było znacznie więcej, niż miejsca w klubie, ludzie przyjeżdżali z całej Polski i wychodzili zachwyceni. A sam Pompougnac? Hmm... niski, szpakowaty Francuz, chyba nawet przystojny. Dziewczyny piszczały na jego widok. Nie było to podczas jego pierwszej wizyty, ale za którymś razem upatrzyl sobie mnie. Nie dawał mi spokoju, biegał za mną (nawet wbiegł do damskiej toalety) przekonując, że nauczy mnie "French kissing". Następnego dnia, kiedy z kilkoma osobami siedzieliśmy na lunchu, on dalej ciągnął tę zabawę, za każdy autograf na plakacie chciał ode mnie pocałunek, a w taksówce na lotnisko dosłownie rzucił się na mnie próbując mnie pocałować. Na oczach mojej szefowej! Udało mi się od niego opędzić. Nie to, żeby mi się nie podobał... Ale kilka tygodni wcześniej "podpadłam" szefowej, kiedy na innej imprezie pocałowałam się z... (a na pożegnanie z panem Pompougnac jeszcze jeden jego mix http://www.youtube.com/watch?v=iSddd-JM9FM&feature=related )

A pocałowałam się z... Katy Braitman ( http://www.fashionmodeldirectory.com/models/Katy_Braitman/ ). Przecież nie mówiłam, że to był bardzo grzeczny okres w moim życiu, prawda? ;) Katy przyleciała z Rouge Rouge ( http://www.youtube.com/watch?v=nv1tCUJx0Q0 ). Panowie z Rouge Rouge - Jean i Nicolas, jeden wysoki i przy kości, drugi niziutki i szupły, stworzyli wspaniały album "Ce Soir Apres Diner". Bardzo zmysłowa płyta, na której słychać inspiracje francuską muzyką lat 50-tych. Najpopularniejszy utwór to "L'Amour" http://www.youtube.com/watch?v=Mbj_9-A2MnQ&feature=related. A co do pocałunku... Hmm, zmysłowa muzyka, zmysłowe światła, wszysyc w klubie dali się unieść nastrojowi, ja też... Więc kiedy Katy zbliżyła swoją twarz do mojej nie protestowałam, w końcu nigdy przedtem nie całowałam się z kobietą :) Niestety widziała to moja szefowa i następnego dnia usłyszałam od niej "Agniecha, przegięłaś" :)  Żeby nie było - pomimo, że rodzaj pracy, atmosfera i poznawani ludzie sprzyjali, nie nawiązywałam bliższych kontaktów z artystami, "bliższych" dobrze wiecie w jakim znaczeniu :)

A wracając jeszcze do Claude Challe... przez niego pokłóciłam się z panią Katarzyną Figurą. Tak tak, dokładnie. Choć "pokłóciłam" nie jest tu może odpowiednim słowem, pani Kasia mnie trochę zwyzywała przez telefon. Otóż Claude przyjaźni się m.in. z Jackiem Nicholsonem (jak mówi "chodzili razem na kobiety") oraz z Romanem Polańskim. To właśnie przez Romana Polańskiego pani Figura poznała Claude kilka lat wcześniej w Paryżu. Kiedy przyleciał do Polski chciała się z nim oczywiście spotkać. Chciała też chyba przy okazji zrobić sobie darmową promocję swojej restauracji na Nowym Świecie. Uparła się, żebyśmy zabrali Claude na kolację właśnie tam. Kiedy jechaliśmy z lotniska, Claude rozmawiał z nią przez telefon i podał mi słuchawkę, żebym ustaliła z nią nasze ewentualne plany. Wiedząc o jej planach wcześniej, przekonałam szefową, że nie po to harowałam jak wół organizując kampanię promocyjną za ponad 240 tys. zł (a wszystko w ramach patronatów medialnych, więc za darmo), żeby teraz pani Figura upiekła i własną pieczeń przy naszym ogniu. Zaprosiłam ją więc grzecznie na kolację razem z nami, ale stanowczo odmówiłam wybrania się do jej restauracji. W podziękowaniu usłyszałam "za kogo się pani uważa?!" i takie tam... Claude przyznał mi rację i kolację zjedliśmy w wybranej przez nas restauracji. Podaję też link do jednej z moich ulubionych pisenek z kompilacji "Buddha Bar". Choć nie rozumiem ani słowa, to jakoś tak .... bardzo porusza mnie ta piosenka, sprawia, że próbuję tańczyć taniec brzucha :) http://www.youtube.com/watch?v=1dqHLLrvdvM  

Na koniec wspomnę jeszcze o bardzo kolorowej postaci, jaką jest Emmanuel Santaromana. Piękna płyta, na której każdy utwór opowiada o kolejnej staci paryskiego metra, a najbardziej znanym utworem jest tytułowy "Metropolitan": http://www.youtube.com/watch?v=oLkc4NDDjjE Niestety jego impreza, jedna z ostatnich w cyklu "Lounge music", okazała się całkowitym niewypałem. W pewnym momencie na pustym parkiecie tańczyłam w dziennikarką TVN - kręcili reportaż z imprezy, a że było zupełnie pusto, próbowałyśmy dla potrzeb kamery stworzyć sztuczny tłum... Impreza kompletnie się nie udała, a sam Emmanuel dostarczył mi sporo nerwów... Nie pamiętam czy było to dzień przed, czy dzień po jego występie, poszliśmy do bardzo znanego i specyficznego warszawskiego klubu gejowskiego. Emmanuel, jako "ostentacyjny" gej miał tam zagrać set Dj-ski. Niestety po prostu upił mi się niemiłosiernie, zaczął głośno wyrażać dezaprobatę dla grającego właśnie DJ'a, a manager klubu bał się go wpuścić za decki, żeby czegoś nie popsuł. Emmanuel był oburzony, że jak to, on!, twórca kompilacji "Barbara Biu Cafe", genialnej płyty "Metropolitan" chce tu grać za darmo, a jego nie chcą?! Oj, działo się wtedy, działo!

A jak podoba Wam się muzyka, do której linki podaję? Bardzo jestem ciekawa Waszej opinii. Poniżej jeszcze kilka linków z muzką innych artystów, których poznałam:

Boozoo Bajou http://www.youtube.com/watch?v=8jOzieis6Dg (z nimi spędziłam 24 godziny opychając się polskim i żydowskim jedzeniem w "Pod Samsonem", pijąc polską wódkę ziemniaczaną i rozmawiając o wszystkim i o niczym, fantastyczne 24 godziny!)

The Funky Lowlives http://www.youtube.com/watch?v=XqR4cLwB0yo (z duetu przyjechał tylko jeden DJ, przemiły i bardzo przystojny, spędziliśmy nastrojowy wieczór w "Same fusy", gdzie pomimo zmęczenia i mojej choroby, przegadaliśmy kilka godzin)

Alexkid ( http://www.youtube.com/watch?v=NwtXr9ymCQs ), to już zupełnie inny rodzaj muzyki, mówią, że deep house ;) Alexkid to cały zespół, który oprócz miksowania, gra na żywo, również wokalistka śpiewa na żywo. Świetna grupa ludzi. Jechaliśmy razem do Krakowa pociągiem, więc mieliśmy trochę czasu, żeby się poznać, potem zatrzymaliśmy się w uroczym hoteliku (nie pamiętam ani nazwy ani gdzie). Przemili, zwariowani ludzie.

To by było na tyle, jeśli chodzi o moje muzyczne i nie tylko wspomnienia. Dużo się działo, to był niesamowity, intensywny okres w moim życiu. A teraz pracuję sobie w banku, mam ciepłą posadkę, dziecko, męża, dom i psa. Ciekawa zmiana, prawda? :) I całkiem mi w tym dobrze :)

Sprostowanie: Claude Challe nie tylko tworzył kompilacje, płyta "Je Nous Aime" jest jego autorską, w kilku utworach występuje on sam. Potrafi więc nie tylko pięknie dobrać utowry innych artystów, lecz także stworzyć własne perełki muzyczne.

 

17:01, zaba791 , inne
Link Komentarze (9) »

Nie dam się. W słuchawkach Mo'Horizons - ciepłe, radosne dźwięki, tak bardzo nie przystające ani do mojego nastroju, ani do wizerunku Niemców. A przecież Mo'Horizons to dwóch Niemców - Ralf and Foh, ale o nich później. Teraz słowem wstępu...

W 2003 roku, kiedy sama byłam na etapie tzw. imprez klubowych i muzyki szeroko pojętej jako lounge, zaczęłam pracę w agencji event'owej. Te kilka miesięcy (pracowałam tam niecały rok, odeszłam z powodów finansowych - sporą część pieniędzy szef wydawał na "dragi") było niesamowitym przeżyciem. W tygodniu zajmowałam się promocją - patronatami medialnymi, reklamami, oraz spotkaniami ze sponsorami. Ciekawa praca, ciekawi ludzie, bylam w tym naprawdę dobra (zaczynając od zera, czyli bez żadnych kontaktów w mediach, w krótkim czasie znałam wszystkich, których warto było znać, a niektórzy w nasze imprezy wchodzili "w ciemno", dając patronat bez zbędnych dyskusji). W weekendy natomiast...

W piątek albo w sobotę przylatywała "gwiazda" lub "gwiazdy", czyli muzycy, DJ'e, którzy wieczorem występowali na scenach warszawskich klubów. Moim zadaniem była opieka nad nimi - zawiezienie do hotelu, kolacja, nocne zwiedzanie Warszawy. Imprezowanie, ale nie tylko. Ile fascynujących rozmów o muzyce, świecie, ludziach, odwiedzonych miejscach! Ile ciekawych osobowości! A zaczęło się właśnie od Mo'Horizons...

To był lipiec, dopiero co rozpoczęłam pracę, nie było mnie jeszcze na etapie planowania i przygotowywania imprezy. W ten upalny, letni wieczór klub pękał w szwach. Tłumy "klubowiczów" chciały sprawdzić, czy Ralf i Foh potrafią stworzyć tak gorącą i radosną atmosferę na parkiecie, jaką tworzą w swoich utworach. Odnieśli sukces dzięki przeróbce "Hit the road Jack", ale moim skromnym zdaniem mają wiele jeszcze lepszych utworów. Choćby "So ma guise", proszę bardzo: http://www.lastfm.pl/music/Mo%27+Horizons/_/So+Ma+Guisee/+videos/+1-BhmR3sMmDpc#shoutbox
Udało się, parkiet pękał w szwach do 6 nad ranem, a kiedy ostatni goście rozeszli się do domów, Ralf i Foh grali już tylko dla mojej szefowej i dla mnie :) Od tamtego wieczoru rozpoczęła się moja przyjaźń z panami, przyjaźń nie tylko na stopie zawodowej (zorganizowałam dla nich jeszcze kilka występów), ale przede wszystkim tak normalnie, po ludzku. Kiedy dwa lata później, w styczniu, przechodziłam bardzo ciężki okres w życiu, Ralf zaoferował mi wyjazd na ciepłą Sardynię, do jego przyjaciela, chciał pokryć wszystkie koszty. Nie przyjęłam tego pięknego prezentu, nie potrafiłam, wydawało mi się to zbyt wiele. Sama jednak świadomość, że jest ktoś tak wspaniałomyślny i czuły na moje problemy, bardzo mi pomogła. Niestety straciliśmy kontakt, jakoś tak rozeszły się nasze drogi. Wiem, że Ralf wreszcie ożenił się ze swoją wieloletnią partnerką i matką dwójki jego dzieci, a Foh... Foh pewnie nigdy się nie ustatkuje :) Zostały mi ich płyty z serdecznymi dedykacjami i uśmiech na buzi za każdym razem, kiedy słyszę ich utwór. No bo jak się nie uśmiechać słysząc np. to: http://www.youtube.com/watch?v=sjPHwJ68eYk&feature=related

Nie będę wymieniała wszystkich muzyków, których poznałam, nie chcę zanudzać. Kolejnym, który wywarl na mnie ogromne wrażenie byl Claude Challe. Tej daty nie zapomnę: 17 stycznia 2004. Tego wieczora jeden z klubów warszawskich dosłownie pocił się z wysiłku - wysiłku, żeby pomieścić wszystkich, którzy chcieli posłuchać Claude "na żywo". "Na żywo" oznacza, że wystąpił na żywo miksując muzykę z płyt. Niektórzy oburzali się, że nawet nie z vinyli, tylko z cd, ale dla ogólnego wyrazu artystycznego nie miało to żadnego znaczenia. Wieczór był wyjątkowy. Claude, niegdyś wielki wirtuoz Buddha Bar w Paryżu, tworzy kompilacje, na których orientalne smaczki mieszają się z baaaardzo zmysłowymi utworami. Proszę bardzo: http://www.youtube.com/watch?v=K5lWWizEEJ0 Moją ulubioną kompilacją jest "Lover - Dose", dwie płyty z podtytułami "Seduction" i "Action" - one mówią same za siebie. "Je Nous Aime" jest równie pięknym albumem. POlecam również http://www.youtube.com/watch?v=abXMNKo3fFY Tamtej nocy wydarzyło się coś niesamowitego, do dziś, kiedy o tym opowiadam, mam dreszcze. Przed południem szwendaliśmy się z Claude i jego uroczą asystentką Vanessą po Warszawie. Przejażdżka dorożką po zaśnieżonej Starówce (Claude w futrze i kolorowej czapce wzbudzał duże zainteresowanie). Weszliśmy też do jednego z muzycznych sklepów. Tam wybral jedną płytę, nie pytając nas w ogóle kim jest artysta. W trakcie imprezy puścił jeden utwór z tej płyty, nie wiem jak udalo mu się go wkomponować w orientalny klimat, ale udalo się pięknie. Przez cały czas do klubu przyjeżdżali ludzie, którzy po drodze słuchali w taksówkach radia. Pytanie: "Skąd on wiedział, że Czesław Niemen właśnie zmarł?" zawisło nade mną z dreszczem. Claude nie wiedział ani, że Niemen zmarł, nie miał też pojęcia kim byl, ani jakim hymnen był jego "Dziwny jest ten świat", a właśnie ten utwór puścił. Niesamowity zbieg okoliczności? A może jakieś wibracje, które czuł tylko on, które skierowały jego rękę w kierunku tej właśnie płyty? W pamięci mam to niesamowite uczucie, kiedy się o tym dowiedziałam, a w domu kilka płyt, niektóre z jego dedykacjami, a także jedną z tych, z których wtedy grał, trochę sfatygowane pudełko, ale jaka wartość emocjonalna!

Ostatnim, o którym wspomnę, jest Nicola Conte. Jeśli Kocur to przeczyta, to będzie zły - jest zazdrosny :) Nicola, trochę zarozumiały niski Włoch w garniturze od Armaniego, w swojej muzyce wzoruje się m.in. na polskich jazzmanach np. Komecie. Jego muzyka (tu dla odmiany Nicola jest autorem, nie mistrzem kompilacji) jest ... sama nie wiem jak to określić, posłuchajcie sami: http://www.youtube.com/watch?v=X6Xk89_13tU&feature=related Przylecial do zimnej Polski w listopadzie 2003 roku. Od samego początku zrobił na nie wrażenie bardzo pewnego siebie, no dobrze - zadufanego. To wrażenie nie zmieniło się do samego końca. Jednak po wizycie u Marka Niedźwieckiego i bardzo miłej kolacji, a potem grzanym winie, kiedy rozmawialiśmy o wielu fascynujących sprawach, ta jego wada stała się mniej dokuczliwa. Tutaj przyznam się, że po jego występie i całym wieczorze, jaki razem spędziliśmy, połączył nas maly, niewinny romans... (dlatego Kocur ma na niego uczulenie, choć się jeszcze nie znaliśmy z Kocurem). Jednak Włosi wiedzą jak traktować kobiety... ech, rozmarzyłam się... :) Z Nicola również utrzymywaliśmy przez dłuższy czas kontakt, zaprosił mnie na swój koncert w Berlinie (niestety nie mogłam pojechać), dzwonił do mnie, pisaliśmy e-maile. A teaz, kiedy słucham np. http://www.youtube.com/watch?v=ifF3UpDlGRU&feature=related  wspominam tamten niezwykle romantyczny weekend... Nicola podpisał kontrakt z wytwórnią Blue Note Records - wielbiciele jazzu na pewno docenią wartość tego wyróżnienia.

Mogłabym jeszcze dużo pisać, podaać linki do cudownej muzyki. Poznałam wielu naprawdę fantastycznych muzyków, prawdziwych fascynatów, momentami wręcz szaleńców. Wyedukowałam się muzycznie, poszerzyłam swoje horyzonty,  ile miałam przy tym frajdy! Pod względem satysfakcji i emocji, ta praca była dla mnie idealna. Niestety musiałam odejść, jeśli chciałam być w stanie normalnie żyć, normalnie zarabiać. Ale co przeżyłam, to moje :) Właściwie powinnam wspomnieć jeszcze o Stephane Pompougnac, ale to może kiedy indziej. Teraz życzę milego słuchania!

00:48, zaba791 , inne
Link Komentarze (2) »
środa, 30 lipca 2008

Włączyłam sobie dzisiaj plytę "Summer moon jazz" - nie znajdziecie jej w żadnym sklepie, to prezent od mojego znajomego muzyka i Dj'a. Słuchałam sobie kołyszących dźwięków i przypomniałam sobie okres, kiedy moja praca w agencji event'owej była całym moim życiem. Naszło mnie na wspomnienia i taki wpis chciałam popełnić. Jednak nie dziś. Nastrój już nie ten niestety :(

Zastanawiam się co my takiego złego z Kocurem zrobiliśmy w tym lub poprzednich życiach, że co się polepszy, to się popieprzy... Przepraszam za słownictwo, ale tak znowu jest, dokładnie tak. Historia powtarza się ze zdumiewającą regularnością. Jest kiepsko, po czym Kocur znajduje pracę, przez jakiś czas jest dobrze i coraz lepiej. Później jedziemy na wakacje do Polski, a po powrocie Kocur traci pracę i przez długi czas nie może znaleźć nowej. Tym razem po powrocie pracował jeszcze dwa tygodnie. Mija właśnie durgi tydzień, kiedy jest bez pracy. "Już był w ogródku, już witał się z gąską..." - od przyszłego poniedziałku miał zacząć nową pracę, w małej prywatnej firmie remontowej. Cieszyliśmy się, bo była nadzieja, że może wreszcie, tym razem, będzie to coś na stałe. Jego niedoszły szef stracił jednak jakiś kontrakt i na razie nie może zatrudnić Kocura. Stres. Nerwy. Jakby tego było mało, Shiela, która dopiero co się wprowadziła do wykończonego wreszcie, po tylu miesiącach domku, dziś się wyprowadziła. Powód? W domku jest wilgoć. I ma rację, co gorsza...

Jestem przerażona. Wiem, nie raz już było ciężko i nawet gorzej, niż teraz. Zawsze dawaliśmy sobie radę. Nie raz już płakałam, że nie mam już siły, że nie dam rady znów tego przechodzić, tych nerwów, szarapaniny, niepewności. A wszystko przecież odbija się na nas. Znów się tak czuję. Chce mi się płakać, nie wiem już gdzie, co i jak z pracą dla Kocura, skąd weźmiemy na życie w następnym miesiącu, kiedy zapłacimy raty dwóch kredytów i ubezpieczenia... Patrzę na Zosię i chce mi się jeszcze bardziej płakać - nie chcę, żeby takie sytuacje się na niej odbijały. Na razie jeszcze nie, ale kiedy wreszcie będzie dobrze? Kiedy wreszcie sprawy ułożą się tak, że nie będziemy martwić się z miesiąca na miesiąc? Kiedy będziemy mogli coś zaplanować? Wiem, znów zacisnę zęby, za jakiś czas znów się ułoży, przecież musi... Tylko za każdym razem coraz mniej mam siły...

Nie chciałam o tym pisać. Czasami ciężko jest pzyznać się, że jest ciężko. Nie lubię dawać nikomu satysfakcji, że coś nam się nie układa. Ale mam to gdzieś, to mój blog i mogę w nim pisać co chcę, szczerze do bólu.  

poniedziałek, 28 lipca 2008

Zosia jest bardzo żywym i radosnym dzieckiem. Patrzymy na nią czasami z Kocurem i zastanawiamy się skąd w niej tyle energii, skąd tyle radości? A przecież to takie proste! Pomimo spięć czy kłótni, które są normalne w każdym związku, tworzymy ciepły dom, kochamy się i kochamy ją. Kocur powiedział dzisiaj, że Zosię kocha bardziej niż mnie :) Inaczej, poprawił się. Jednak chyba kocha ją bardziej, jeśli można w jakiś sposób odmierzyć siłę uczuć. Dziecko to czuje. Jest u siebie, w otoczeniu rodziców, którzy nie mogą się nią nacieszyć, dookoła biega pies, którego może ciągnąć za uszy, a w rewanżu dostaje liźnięcie a to w buzię (nie pozwalamy Piper na to, ale nie zawsze się uda :), a to w rączkę czy stópkę. Poza tym każda nowa twarz, jaka pojawia się w zasięgu wzroku jest miła, przyjazna i uśmiechnięta. I jak tu nie być szczęśliwym dzieckiem? Najważniejsze jest to, że jest zdrowa, a drobne dolegliwości typu ból brzuszka, szybko mijają.

Ostatnie dwa dni spędziliśmy aktywnie - najpierw morze, dzisiaj jezioro. Dużo świeżego powietrza, dużo słońca, prawdziwe lato. Przez te dwa dni Zosia malo spała w ciągu dnia - normalnie śpi po 2 godziny dwa razy dziennie, teraz łącznie spała może ze dwie, albo mniej. A mimo to wieczorem, po radosnym plumkaniu w wannie, po karmieniu i czułościach, przez pół godziny dokazywała w łóżeczku, aż padała zmęczona. Jest tak rozkoszna, że można by ją zjeść! :)

Wczoraj rano kiedy oboje z Kocurem próbowaliśmy ukraść jeszcze trochę snu, a mała leżała między nami w łóżku (z założenia miała jeszcze spać), zrobiła kupkę. I zamiast się rozpłakać albo nakrzyczeć na rodziców, że pielucha brudna, wybrała inna formę obudzenia mamy - zaczęła mnie całować po buzi, aż się obudziłam. Calowanie Zosi polega na przykładaniu otwartego, obślinionego pyszczka do mojej buzi, ze wskazaniem na usta. To drugi raz, kiedy mnie tak bardzo zaskakuje rano :) Uwielbiam takie przebudzenia :)

22:43, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 lipca 2008

Nie wierzyłam, że znów będę wystawiać skórę na ciepłe promienie słońca, brodzić w chłodnej wodzie, upajać się ciepłem wieczoru. Nie tutaj. A tu taka niespodzianka! Od tygodnia jest ciepło, naprawdę lato! Dziś wybraliśmy się więc nad morze. Pięknie było! Taki prezent dla Zosi z okazji ukończenia 6 miesięcy :) Wszyscy zadowoleni, Zosia rozbawiona, pies wybiegany. A to dokumentacja spaceru :)

Piper uwielbia wodę!

A tutaj jeszcze kilka innych zdjęc z wcześniejszych dni. Nadrabiam zaległości :)

Aniołek?

A może diabełek?

Kto kogo przedrzeźnia?

Latam!

Goldginger po drugiej stronie aparatu :) Jako jedna z ulubionych ciotek :)

 

sobota, 26 lipca 2008
Lynne Olson i Stanley Cloud to amerykańskie małżeństwo dziennikarzy i pisarzy. O Polsce wiedzieli bardzo mało, ale zainteresowani historią polskich lotników biorących udział w II wojnie światowej w szeregach RAF, poznali polską historię, kulturę, mentalność. W efekcie poswstała książka „Sprawa honoru” zadedykowana „Narodowi polskiemu”. „Wielu Polaków zna te tematy i być może wyobraża sobie, że wie już wszystko. Ale czeka ich niespodzianka. (...) Polacy nieraz obwiniają samych siebie, przypisując nieszczęścia spadające na ich kraj kłótniom i błędom swoich ziomków. Ta książka odsłania drugą stronę medalu. Prawdziwymi sprawcami nieszczęść Polski, mimo rozlicznych polskich wad, byli jej sąsiedzi, mordujący na masową skalę, a błędy znacznie większe niż Polacy popełnili ich zachodni przyjaciele.” To z przedmowy Normana Daviesa do wydania polskiego. Książkę polecił nam Ian, nasz znajomy Irlandczyk, tak sympatyczny i pomocny, szczerze zainteresowany Polską, Polakami i naszą historią. Było to kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz zabrałam się do czytania. Historią interesuję się od dawna, jeszcze w szkole brałam udział w olimpiadach i konkursach (z różnym skutkiem). Wydawało mi się, jak zresztą zauważa Davies, że wiem dużo. Dopiero teraz dowiaduję się, że np. wyśmiewane ataki kawalerii na niemieckie czołgi na początku II wojny światowej, to nieprawda, obraz narysowany przez propagandę niemiecką. Obraz, któremu wierzymy i my, Polacy. „Sprawę honoru” czyta się nie jak książkę historyczną, a jak barwną opowieść przygodową, przetykaną licznymi faktami historycznymi. Opowieść, w której miejsce na bohaterów, prawdziwych bohaterów, patriotyzm, ale także zdradę, tchórzostwo i nieudolność. My, Polacy, krytykujemy swoich rodaków, „Polak Polakowi wilkiem”, słynna modlitwa z „Dnia świra” Marka Koterskiego, nieufność, umniejszanie osiągnięć. Dotyczy to wszystkiego – historii, kultury, a nawet sportu (dobrym przykładem jest Adam Małsz – dopóki wygrywał, był bohaterem narodowym, ostatni słaby sezon dał powód do krytykowania i „wieszania psów”). Kiedy czytam kolejne zdania Olson i Cloud, rośnie we mnie duma. Duma z mojego polskiego paszportu. Owszem, mieszkam za granicą, tutaj teraz jest mój dom. Nie wiem czy i kiedy wrócę do kraju. Mierzi mnie polska polityka, polskie swary, podchody, komisje, konferencje prasowe. Martwi mnie sytuacja ekonomiczna, rosnące koszty życia, wyzysk, pewne pozostałości w sposobie myślenia jeszcze z czasów komunizmu. Jednak pokażcie mi kraj, króty jest idealnie skonstruowany, naród bez wad i bajkowe życie dla każdego. Dlaczego to Amerykanie napisali tak fantastyczną, tak pozytywną książkę o Polakach, o Polsce? Dlaczego innym historykiem, który wnosi tyle otuchy jest  Norman Davies, brytyjczyk, od lat zakochany w Polsce? Może pora trochę odpuść krytykanctwo i spojrzeć na własny kraj z dumą? Wieki historii, wieki świetności, tolerancji, rozwoju kulturowego, swobód, toż to są powody do dumy! Amerykanie,  z ich krótką historią (krótką w sotsunku np. do naszej), z pędem do dominacji, to jest dumny naród! Często dobrze nie znają swojej historii, geografii (zapytałam kiedyś absolwentkę amerykańskiego college’u o profilu geograficznym ilu mieszkańców mają Stany Zjednoczone i nie potrafiła mi odpowiedzieć), ale dumy z własnego kraju, z flagii i wszystkiego co sobą reprezentuje, nie można im odmówić. Tym lepiej czyta się więc tę książkę, w której opisują Polaków jako dumnych, odważnych, ale przede wszystkim niezwykle zdolnych, mądrych i bohaterskich ludzi. Przedstawiają krzywdy, jakie wyrządzili nam Hitler, Stalin, ale także Francja i Wielka Brytania. Polecam, szczerze polecam „Sprawę honoru”. Sama kupię zaraz egzemplarz po angielsku i podaruję naszym sąsiadom – niech wiedzą, niech poznają i mimo tego, że są tak przyjacielscy, niech spojrzą na nas jeszcze inaczej.
13:17, zaba791 , inne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 lipca 2008

O wszystkim po trochu, bo taka jestem od powrotu rozbita jeszcze i niepozbierana. Z wielkiego ogarniania wszystkiego dokładnie posprzątałam cały dom, łącznie z praniem dywanów. O, przepraszam! Została mi jeszcze łazienka, gdzie muszę zrobić okresowy przegląd kosmetyków z selekcją negatywną. Podwórko też powoli zaczyna jakoś wyglądać, chociaż to jeszcze duuużo roboty, jednak to zasługa głównie Kocura. Tak mijają mi dni - Zosia, obowiązki domowe, wpadną znajomi, jakieś zakupy. Dzień mija za dniem i przybliża mnie do tej okropnej daty - 1 - go września...

1-go września wracam do pracy. Ciężko mi będzie bardzo zostawić Zosię, nie potrafię sobie jeszcze wyobrazić, że nie będę jej widziała tyle godzin... Czy jestem wyrodną matką? Pewnie zdania będą podzielone, ale nie uważam się za potwora. Normalna kolej rzeczy, kiedyś trzeba wrócić do pracy, nie tylko ze względów zarobkowych (chociaż na tym etapie, kiedy Zosia jest taka mała, to nie ukrywam, że jest to powód, który mnie z domu wygania). Są osoby, które spełaniają się opiekując się domem i dziećmi (najlepszym przykładem jest moja fantastyczna sąsiadka), są też takie, które chcą pracować, uczyć się, rozwijać. Coś za coś, jak zwykle.

Powoli przymierzamy się też do remontu. Planowaliśmy to odkąd kupiliśmy dom, wiedzieliśmy, że dół ma wyglądać inaczej, ma być cały otwarty, kuchnię od jadalni będzie oddzielał wysoki bar, a jadalnię od salonu półki. Zosia zaczyna powoli raczkować, pies linieje, więc łatwiej będzie mi utrzymać czystość paneli niż wykładziny. Teraz odkurzam i piorę wykładzinę, a po kilku godzinach jest niemal tak, jak było. Poza tym nie da się ukryć, że dom ma swoje lata i udch poprzednich właścicieli jest w nim wyraźnie odczuwalny... Pora wprowadzić więcej nas do naszego domu. Lubię etap planowania, projektowania, wybierania... Dziś zamówiliśmy żaluzje drewniane, to tak niejako bez remontu, już dawno się do tego przymierzaliśmy, a dziś przyjechal pan i przedstawił nam bardzo dobrą ofertę, więc zamówiliśmy bez wahania. Teraz czekamy tylko kiedy wyjaśni się sytuacja Kocura z pracą, a wtedy krótka aplikacja o pożyczkę (wolę tak, niż powolutku dłubac po kawału przez kilka miesięcy) i trzeba będzie znaleźć kogoś do pomocy. Mam nadzieję, że jak się wezmą, to dwa tygodnie maksynamalnie to potrwa. Nie mogę się już doczekać! Oczywiście efektu końcowego, a nie bałaganu i szaleństwa remontowego...

Poza tym czytam fantastyczną książkę o języku niemowląt. Napisana przystępnym językiem, rozsądna, wiele przykładów, brzmi mądrze. I cieszę się, bo utwierdzam się w przekonaniu, że moja intuicja do tej pory mnie nie zwodziła. Sama wprowadziłam w nasze życie, w życie Zosi zasady polecane przez autorkę, która ma dużo doświadczenia i bardzo dobre rezultaty w pracy z dziećmi. Jak widać można jednak kierować się intuicją i niekoniecznie oznacza to ośmieszenie się np. w towarzystwie, kiedy zrobi się coś potępianego przez to towarzystwo właśnie. Szczególnie, jeśli towarzystwo pozjadało wszystkie rozumy ;) W każdym razie polecam książkę mamom i przyszłym mamom. Można ją przeczytać tutaj http://www.pokluda.net/manuals/jnth.pdf A'propos przyszłych mam - odwiedziło nas wczoraj małżeństwo znajomych, niedługo, bo w listopadzie zostaną rodzicami. Ich pierwsze dziecko. A. bardzo złagodniała, jest niasamowicie spokojna, podziwiam ten jej spokój. Nie żeby miała powody do nerwów, ale spokój, pogoda ducha wprost od niej biją. Opowiadałam jej o różnych drobiazgach, podpowiadałam jakieś rzeczy. Starałam się robić to delikatnie, nie z pozycji "niesamowicie mądrej i doświadczonej osoby", ale tak po prostu, że u nas to lub owo się sprawdziło. Oczywiście każda ciąża, a potem każde dziecko są inne, ale mam nadzieję, że kilka rzeczy będzie mogła wykorzystać. Fajne uczucie - ja ciągle czuje się jeszcze niedoświadczoną mamą (kolejne etapy rozwoju dzizecka to przecież dla mnie nowość, nigdy tego jeszcze nie przechodziłam), ale ciążę i pierwsze 6 miesięcy mamy już "przerobione", więc moge poradzić to lub owo. Miło :)

Szukamy opiekunki do dziecka. Włąściwie to chyba znaleźliśmy, ale Kocur się uparł, że chce jeszcze spotkać się z kilkoma. Asia, która była u nas z mężem w niedzielę, od razu przypadła mi do gustu. Kocurowi też, ale najważniejsze, że Zosi! Mała uspokoiła się u niej na rękach, bo akurat trochę marudna była. Asia ujęła mnie tym, że w przeciwieństwie do innych kandydatek od razu podeszła przywitać się z Zosią, wzięła ją na ręcę, a kiedy wychodzili, pożegnała się z nią. Sama ma czworo dzieci - najstarszy chłopak ma już 20 lat, najmłodsze biźnięta 9 lat. Poza tym opiekowała się też innymi dziećmi. Fajna babka, mówiąc tak potocznie. I taka właśnie jest. Ale odpowiada mi to. Do końca tego tygodnia chcemy podjąc decyzję i umówić się już konkretnie. Jeśli chodzi o jej wymagania finansowe też nam odpowiada. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży. Trzymajcie kciuki!

Pora chyba do łóżka, jutro czeka nas trochę pracy, a mała pewnie nie da pospać rano :) Spokojnej nocy! 

 

niedziela, 20 lipca 2008
piątek, 18 lipca 2008

Nie, nie tak dosłownie i w ogóle, ale... Ten pioruński domek prześladuje nas już tyle miesięcy! Najpierw jakieś niespodzianki przy budowie, potem opóźnienie, potem A, która miała się wprowadzić i z dnia na dzień zrezygnowała. Potem znów trochę pracy i Kuba, który w pierwotnej wersji miał mieszkać sam, a żona z dzieckiem mieli go odwiedzić, ostateczna wersja wyglądała tak, że mieszkali w domku we troje, bo żona z dzieckiem przyjechali na stałe. Nie zdążyłam wrócić z Polski, a oni też postanowili się wyprowadzić - szef Kuby zaproponował mu wynajęcie całego domu, 4 sypialnie, 2 łazienki, duży ogródek. Tyle tylko, że 70 km od Dublina, ale jeśli im to odpowiada... No to się wyprowadzili w niedzielę. Mieszkali tu tylko 1,5 miesiąca, a ściany trzeba odmalować, nowa wykładzina wygląda jakby miała już ze dwa lata, nic kompletnie nie posprzątane, nawet z blatu kuchennego nie starte. Zdenerwowałam się jak to zobaczyłam. Wściekłam się, byłoby bardziej odpowiednim słowem... Zostawić tak potworny syf, tak zniszczyć w tak krótkim czasie... Posprzątaliśmy, trochę udało się wyprać dywan (ale nie zupełnie), daliśmy ogłoszenie, było sporo telefonów. Przedwczoraj wieczorem najpierw pojawiła się Sheila, która zdecydowała się wynajać, a potem polska para, która również wyraziła jednoznaczne zainteresowanie. Umówiliśmy się na telefony następnego dnia, bo musieliśmy podjąć decyzję komu wynajmiemy. Postanowiliśmy wynając Polakom - zawsze to "swoi", kiedy Sheila zadzwoniła, powiedziałam że mi przykro bla bla bla. Tyle tylko że Polacy się już nie odezwali! Nie odbierają telefonu i nawet nie wysilili się, żeby na smsa odpowiedzieć. Tak się nie robi do cholery! Dzisiaj powiedziałam więc Sheila, że jeśli jest nadal zainteresowana, to proszę bardzo, może się wprowadzać. Nie chcę już wynajmować żadnym znajomym, ani żadnym Polakom. Dość!

Powoli ogarniam dom, do posprzątania została mi już tylko łazienka i skończenie kuchni. Kocur śmieje się ze mnie że tak wolno... Czasami mam ochotę go uderzyć w ten zakuty łeb, to może by zrozumiał. Mała zasypia mi dwa razy w ciągu dnia na około 2 godziny. To jest super, bo mogę sobie zaplanować dzień i nawet całkiem sporo zrobić. Kiedy nie śpi wymaga uwagi, a poza tym chcę wkorzystać każdą chwilę (1go września wracam do pracy, o czym później...). Sprzątam bardzo dokładnie, łącznie z praniem dywanów i porządkami w szafach i na półkach. Jest to pracochłonne i czasochłonne, jeśli chce się to zrobić dokładnie. A trzeba przecież jeszcze pójść na spacer z Zosią i psem, zrobić jakieś zakupy, czy tak jak dzisiaj skoczyć do banku. Nie wiadomo kiedy robi się 17.30, Kocur wraca z pracy, więc obiad powinien już też być gotowy.

1-go września wracam do pracy... Kiedy sobie o tym pomyślę, chce mi się płakać... Nie chcę zostawiać małej, ale nie za bardzo mamy wyjście - Kocur znowu musi szukać pracy, bo właśnie kończy renowację pubu, dziś podobno jest czarny piątek - zaczyna się urlop budowlańców (builders holiday), po którym około 38 tysięcy budowlańców nie będzie już miało dokąd wrócić - recesja w budownictwie ma się dobrze. Jestem więc na etapie radzenia sobie z myślą, że nie będę widziała mojego skarba przez cały dzień oraz poszukiwania opiekunki. Najchętniej "oddałabym" ją sąsiadce, mam do niej pełne zaufanie, ale nie sądzę, żeby się zgodziła, a poza tym nie byłoby nas chyba stać. Szukamy więc, w niedzielę mamy kilka spotkań. Trudno będzie, bo nie możemy zbyt wiele zapłacić, a jednocześnie chcemy kogoś, kto ma doświadczenie. Zobaczymy...

I tak powoli mija tydzień od naszego powrotu. Wsiąkłam już w szarą codzienność, rutynę i obowiązki. Wakacje 2008 są już tylko wspomnieniem. Ciepłym, słonecznym, ale wspomnieniem. Tutaj lata nie ma i jakoś nie wierzę, że jeszcze się pojawi. mam wrażenie, jakby panowała tu tylko jedna pora roku: wiosna i to ta wczesna, z deszczami, wiatrami, pochmurnym niebem... Czasami tak bardzo brakuje mi polskiego klimatu... :(

wtorek, 15 lipca 2008

Mamy takiego sąsiadka na naszzej ulicy, dwa domy dalej, który urodził się chłopcem, a teraz wygląda już prawie zupełnie jak dziewczyna. Można się pomylić - długie, zgrabne nogi, ładny buist (ale nie żadne "balony", miseczka małe C), blond włosy do pośladków, a a szpilkach wysokości 12 cm chodzi lepiej niż ja. Christina, jak teraz każe się nazywać, miała kiedyś na imię Julien. Nie wiem kiedy zmieniła płeć, jaka jest jej historia, nie znamy się zbyt dobrze. Zresztą przez pierwsze miesiące, kiedy się tu wprowadziliśmy nie mieliśmy pojęcia o jej transformacji, dopiero sąsiadka mnie "oświeciła", ale bez złośliwości. Jakiś czas temu, kiedy zajmowałam się ogródkiem przed domem, a Zosia spała w wózku, Christina podeszła i tak zaczęła się nasza znajomość. Uważam się za osobę tolerancyjną, ale przyznam, że na początku miałam problem z określeniem jej dla samej siebie - stąd określenie "sąsiadek". Dzisiaj, kiedy pokazywała mi swój dom i paplałyśmy sobie o włosach, opaleniźnie i ćwiczeniach na pośladki (w wyniku utraty kolejnych kilogramów straciłam też pupę...), zauważyłam, że w głowie traktuję ją jak dziewczynę (chociaż kiedy krzyknęła na swoje psy... zabrzmiała stanowczo jak facet). Myślę, że mogę się z nią nawet polubić i mieć blisko "psiapsiółę" do babskich spraw - makijażu, kosmetyków, farbowania włosów itd.

Nigdy nie miałam problemu z homoseksualizmem, znam sporo osób o odmiennej orientacji i nigdy nie patrzyłam na nich jak na "innych". Z transeksualistami czy transwestytami nie miałam wcześniej kontaktu, więc nie wiedziałam do końca jaka będzie moja podświadoma reakcja. Biorę ich takimi, jakimi chcą być postrzegani. Christina jest bardzo zgrabną, zadbaną dziewczyną i tyle. Dopóki nie ingeruje to w moją wolność, "pozwalam" ludziom robić ze swoim życiem to, na co mają ochotę i nie przeszkadza mi to zupełnie. I nie rozumiem głosów oburzenia, obrzydzenia, zgorszenia. Jeśli każdy zajmie się swoim nieidealnym życiem i postara się popracować nad swoimi wadami, świat będzie lepszy. 

 
1 , 2