Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
niedziela, 28 czerwca 2009

Niestety mało tych zdjęć ostatnio :( Muszę zacząć uwieczniać dni naszej Marysi, bo rośnie jak na drożdżach, zmienia się, a my tego nie wyłapujemy. Jak podrośnie i zobaczy ile zdjęć miała Zosia, a ile ona, to będzie jej przykro. Dziś tez więcej zdjęć Zosi, bo sesja zdjęciowa Marysi rozmazana potwornie...

Jakoś tak młodo na tym zdjęciu wyglądam... Więc się chwalę, bo ledwo się poznałam :)

To nie stare zdjęcie Zosi, ale nasza Marysia :) Słodko sobie śpi na dworze :) Lubi spać na świeżym powietrzu.

A to śmieszne ujęcie Zosi, ale podobaja mi się gwiazdki w jej oczach :)

Taki piękny bukiet przysłali mi z pracy :)

A to Zosia dzisiaj :) niezbyt podobała jej się ta sukienka, zbyt cukierkowa chyba :) Ale przyznacie, że wygląda słodko :) Łobuziak mały :)

I to na razie tyle. Obiecuję, że postaram się o więcej zdjęć. Może złapię siostry razem, jak Zosia buzi daje Marysi :)

Zosia powoli kończy swoją drzemkę (śpi w ciągu dnia około 2-3 godzin, zależy od pogody i ciśnienia), Marysia nakarmiona porządnie już jakiś czas temu też śpi, Kocur, który ostatnie dwa wieczory znowu spędził przed komouterem do późna (znów kłócimy się o to samo...), też śpi. Ja sprzątnęłam wreszcie naszą sypialnię, ogranęłam lekki nieład w kuchni (cały parter domu posprzątaliśmy wczoraj, dzisiaj zostało piętro), wypiłam kawę, zjadłam kilka ciastek (muszę przestać ztymi słodyczami, bo już nie chudnę, a na swój brzuszek nie mogę patrzeć...), teraz czekam kiedy mi się towarzystwo obudzi. Zjemy obiad i pójdziemy na spacer, jak codziennie ostatnio. Trzeba korzystać z pogody, bo takie piękne dni, jeden po drugim, nie zdarzają się tutaj często...

Miałam napisać o firmie Kocura. Nie chcę zapeszyć, ale właściwie firma już zarejestrowana, oferta przygotowana, jutro trzeba wysłać kilkadziesiąt płyt z prezentacją, zadzwonić do kilku miejsc, a potem tylko czekać na efekty, więc... Albo lepiej nie, nie napiszę jeszcze nic, wybaczcie. Napiszę kiedy dostaniemy pierwsze zamówienie. Powiem tylko tyle, że pomysł i firma Kocura, ale na razie ja trzymam wszystko w kupie. Jeśli się uda, to dopiero przy realizacji zamówień Kocur się napracuje... Trzymajcie kciuki!

Czuję się już dużo lepiej. Częściowo to zasługa żelaza, które biorę codziennie, a częściowo chyba powoli mi się organizm oczyszcza. Krwotoków już nie mam, krwawienia po prostu, nic strasznego. Mam nadzieję, że to już końcówka i niedługo naprawdę dojdę do siebie. Energii mam nadspodziewanie dużo, oszczędzam się, ale czuję się dużo silniejsza. I wszelkie prace w domu czy spacery, dają mi dużo radości.

Zosia skończyła wczoraj 17 miesięcy. Kiedy to zleciało? Kochana jest ta nasza córeczka, taka mądra, taka śliczna... (postaram się wrzucić kilka najnowszych zdjęć, może uda się jeszcze dziś wieczorem). Czasami diabełek z niej okropny, ale dużo rozumie, więc kiedy jest niegrzeczna (jak np. dziś w kościele), staram się tłumaczyć jej na spokojnie, albo zająć ją czymś innym. Ciągle zaskakuje mnie tym, ile rozumie, zdania wyjęte z kontekstu, rzucone ot tak sobie... "podaj mi proszę husteczkę", "wytrzyj nosek", "podaj mi pieluszkę", "pobujaj Marysię bo płacze", "ciiicho, bo Marysia śpi"... Codziennie praktycznie uczy się nowych słów, wczoraj to było "nie ma". Do tej pory tylko rozkładała rączki z "rozpaczą", od wczoraj pięknie mówi "nie ma". Dziś rano schowała coś do kieszonki sukienki i mówi do mnie "nie ma", nie wiedziałam na początku o co chodzi, dopóki Kocur nie zaczął tego szukać. :) Mówi też "mniam! mniam!" i kręci główką, jak jej coś smakuje. Właśnie wstała i przywędrowała do mnie ze swoim kocykiem...

Tyle więc zdążyłam napisać... Miłej niedzieli Wam życzę!  

czwartek, 25 czerwca 2009

Po porodzie dość szybko czułam się dobrze, cieszyłam się, że tak szybko dochodzę do siebie, po urodzeniu Zosi dużo wolniej to szło. Radość nie trwała długo. Trzy dni temu niespodziewania dostałam krwotoku. Fakt, nie oszczędzałam się - myślałam, że skoro tak dobrze się czuję, to mogę już robić niemal wszystko, co przed ciążą. Siedziałam na kanapie po spacerze i nagle to okropne uczucie... i pełno krwi dookoła. Pod prysznicem spędziłam z piętnaście minut, zanim krwawienie ustało. Zaraz po porodzie, jeszcze na sali porodowej, położna "wyciskała" z mojego brzucha skrzepy, chyba resztki łożyska. Teraz też tak było. Myślałam, że jest już dobrze, więc wczoraj rano odkurzałam, potem cały dzień biegałam po dworzu z Zosią, potem jeszcze spacer do parku, a wieczorem przez godzinę prasowałam. W nocy Kocur pojechal odwieźć znajomego na lotnisko, a ja obudziłam się o 4 nad ranem - kolejny krwotok. Jak Kocur wrócił i wpadł przerażony, to już zdąrzyłam się ogarnąć. Dziś była pielęgniarka i kazała jechać do lekarza ogólnego. Niestety mojej pani doktor nie było, był inny lekarz. Podobno takie krwawienia jeszcze trzy tygodnie po porodzie są normalne, szczególnie jeśli karmię piersią. Być może zostały jakies resztki łożyska, stąd skrzepy. Muszą sprawdzić, czy nie wdaje się żaden stan zapalny, jeśli nie, to wszystko jest w porządku. Muszę odpoczywać, brać żelazo (od porodu do dziś straciłam około litra krwi), dobrze się odżywiać. Jestem osłabiona, ale to nic dziwnego. Mam nadzieję, że szybko to minie i będę już znowu sobą, dobrze się czuła. Choć jak na taki ubytek krwi, to i tak ma dużo energii :)

Zosia ząbkuje i jest nie do wytrzymania. Złośliwa, niegrzeczna, co jakiś czas ataki histerii, wycie potworne o byle co. Histerię ignorujemy, dopiero kiedy się uspokoi przytulam ją, całuję, mówię do niej spokojnie. Ale złośliwa jest czasami potwornie i aż mam ochotę dać jej klapsa. Na szczęście cierpliwość do niej mamy na zmianę z Kocurem, jak on już nie daje rady, to ja jestem spokojna i opanowana i odwrotnie. Daje nam do wiwatu to nasze dziecko ostatnio. Ale kiedy dostanie nurofen i ból minie, a ona da mi tak słodko buzi... nie potrafię się na nią długo gniewać :) 

środa, 24 czerwca 2009

Tym razem nie denerwowałam się jak poprzednio i miałam z grubsza pzygotowane co chcę powiedzieć, więc mój występ w radio był chyba ciekawy i sensowny. A na pewno mówiłam płynnie :) Powiedziałam, że z moich doświadczen wynika, że Irnaldczycy nie są rasistami, wręcz przeciwnie, czasami są aż zbyt poprawni politycznie. Jak moja koleżanka w pracy, którą Murzyn oskarżył o rasizm, bo nie chciała czegoś dla niego zrobić. Nie zrobiła tego, bo było to niezgodne z procedurami bankowymi, a nie dlatego, że nie chciała. Ja, my, spotkaliśmy się raczej z przejawami symaptii, wiele osób nam pomogło, a najgorsze, co nas tutaj spotkało, spotkało nas od Polaków (o tym nie spomniałam). Nawiązałam też o podobieństwach w historii Irlandii i Polski, najpierw o odebraniu niepodleglości, a potem o emigracji. Ktoś kiedyś zapytany dlaczego Irlandczycy tak chętnie dają pieniądze żebrakom, na różne akcje charytatywne itd.  odpowiedział, że Irlandczycy znają biedę, im też nieraz pomagano, więc teraz chcą się odwdzięczyć. Podbnie jest z emigrantami - ilu Irlandczyków wyjechało za chlebem do Ameryki? Teraz wielu Polaków tutaj układa sobie życie. Jak my. Prowadzący zapytł mnie jeszcze co sądzę jeśli chodzi o kwestię znajomości języka - prowadziłam takie rozmowy z koleżankami w banku wielokrotnie, trafiając na klientów, którzy po angielsku ani me, ani be, a wymagali, żeby ich zrozumieć (przykro mi, ale nie mówię po chińsku...). Przyznałam zgodnie z prawdą, że uważam, że przyjeżdżając do jakiegoś kraju, gdzie planuje się mieszkać, powinno znać się choć podstawy języka lub przyjechać z kimś, kto ten język zna. Tak było z Kocurem i ze mną, jego angielski był naprawdę zły, ale byłam ja i mogłam załatwić wszystkie potrzebne rzeczy. A on powoli nauczył się języka. Moja wypowiedź nie wywołała żadnej dyskusji, ponieważ była to już końcówka programu. Może o to im zreszta chodziło - pozytywny akcent na koniec programu :) Ciekawa jestem czy słyszał mnie ktoś znajomy :)

jak zaznaczyłam na samym wstępie opinię opieram na własnych doświadczeniach. Slyszałam o przypadkach napaści na tle narodowościowym, na Polaków też. Tak więc jak wszędzie, sa tu i rasiści, szczególnie chyba wśród młodzieży. Przerażające są napaści na Rumunów w Belfaście, smutne jest to, że na marszu w ramach protestu przeciwko nim, pojawiło sie tylko 200 osób. Przykro, że niektórzy mówią: wracajcie do domu i tam bierzcie zasiłek, niech wasz rząd za to płaci, a nie my. trzeba jednak pamiętać, że jest recesja, ludzie tracą pracę, często po wielu latach (spotkałam pana, który został zwolniony po ... 32 latach pracy w jednej firmie), rozgrywają się różne dramaty. Szuka sie wtedy winnych, próbuje zrzucić odpowiedzialność na wszystko, co obce. Takie zwykłe ludzkie zachowanie. Dobrze jednak, że jeszcze wielu ludzi widzi dalej niż czubek własnego nosa.   

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Wystąpię jutro między 18 i 19. Zadzwoniła dziś pani i zapytała, czy uważam, że Irlandczycy są rasistami i czy nie chciałabym jutro na ten temat się właśnie wypowiedzieć. Nie uważam i moge się wypowiedzieć. Kurczę, może ich etatowym komentatorem zostanę? ;)

A w kwestii temamtu - Irlandczycy to jeden z najbardziej otwartych narodów, jakie znam. Czasami aż mnie denerwuje ta ich poprawność polityczna, szczególnie, że taka szczera. Mówię o tych, Irlandczykach, których ja spotkałam na swojej drodze. Ze względu na pracę (najpierw jako kelnerka, teraz w obsłudze klienta w banku), miałam i mam kontakt z różnymi ludźmi. Sama nigdy nie spotkałam się z żadnymi przejawami nietolerancji, trkatowania mnie inaczej, bo jestem Polką. Wręcz przeciwnie, wiele osób z tego powodu podchodziło do mnie z szacunkiem (wy Polacy, jesteście bardzo pracowici, inteligentni, a kobiety są piękne!), sympatią. Spotakaliśmy tu wiele osób, które nam pomogły, chocby Ian, o którym pisałam wielokrotnie. A od Polaków spotykały nas nieprzyjemności. O tym w radio nie będę raczej mówić, nie będę źle się wypowiadać o rodakach, szczególnie, że nie będzie to tematem rozmowy. W każdym razie Irlandczycy otworzyli swój kraj, często też swoje domy na obcokrajowców, są bardzo przyjacielscy i otwarci.

A poza tym byliśmy dziś w Irlandii Płn na zakupach (wiele rzeczy jest tam tańszych i warto pojechac te 100 km do granicy, żeby kupić choćby zapas pieluch (tutaj paczka 15 Euro, tam za dwie takie zapłaciliśmy dziś 16 funtów). Dziewczyny były grzeczne, zakupy udane, my zmęczeni nieziemsko. Szczególnie, że strasznie gorąco (w Polsce podobno tak złej pogody od lat nie było, tutaj od lat nie było tak ładnie i ciepło). Zosia spała tylko 15 minut w samochodzie, po powrocie nie poszła już spać, potem na spacerze przeszła ze dwa kilometry, i biegała, uciekała, a po kąpieli i tak nie chciała iść jeszcze spać. W końcu padła i śpi. Skąd ona bierze tyle energii?? Wczoraj na spacerze nauczyła się nowego słowa, pięknie mówi "trzy!". Prowadziliśmy ją za ręce, ja liczyłam do trzech i wtedy podnosiliśmy ją do góry. W pewnym momenci sama zaczęła mówić "trzy!", żeby ją podnieść. Wieczorem pokazywała sąsiadce, że jak jest trzy, to ona podskakuje do góry. A dziś chyba powiedziała "flower", tak się przynajmniej Kocurowi się wydawało. Całkiem możliwe, bo rozgadała się ostatnio niesamowicie. Acha, zaczęła też śpiewać. Nie takie byle co, ale jakies melodie prawdziwe, tylko po swojemu.

A Marysia rozgląda się po świecie z coraz większą ciekawością. I usmiecha się do mnie, kiedy smeram ją po nosku. Albo nadstawia buzię, kiedy ją całuje. Przez tydzień przytyła mi 600 g (pisałam już o tym?), w środę zobaczymy ile urosła przez ten tydzień. Duża z niej panna, Zosia była dużo mniejsza. Ale równie silna :) WŁaśnie się domaga cyca, więc kończę. Miłego wieczoru!

sobota, 20 czerwca 2009

Oj, te nasze dwie małe chyba jakoś podświadomie się dogadują, jak by tu dopiec starym. I udaje im się calkiem nieźle. Przedostatnia noc: Marysia mniej więcej od 19 przyklejona do mojego cyca. Jak odkleję, to za 5-10 minut jest płacz i szukanie. Północ, a ona przysypia tylko na chwilę, musi mieć cyca w buzi. Kiedy myślę, że wreszcie udało mi się ja uśpić i sama z rozkoszą zamknę oczy, słyszę, że obudziła się Zosia. I wędruje do naszej sypialni mały robak - pamiętacie taką grę "Worms"? Zosia rozkopuje się w nocy, więc pakujemy ją do specjalnego śpiworka. Cwaniara nauczyła się jednak chodzić nawet w nim i wygląda jak taki worm właśnie. Zosia do łóżka, chyba śpi, wracam do nas, Marysia znowu nie śpi. Cyc, aaa, chyba śpi. A tu Zosia znów maszeruje. W dodatku wpada na łóżko i nabija sobie guza na czole. Taki scenariusz powtarzał się jeszcze kilka razy. Poddaliśmy się w końcu (po kilku razach obudziłam Kocura i on zajmował się Zosią), zapakowaliśmy Zosię między siebie, Marysia po mojej prawej stronie i tak we czwórkę spędziliśmy noc. Pół nocy, bo było już koło 3 nad ranem. Dobrze, że mamy duże łóżko. Wczoraj wieczrem podobny scenariusz, na szczęście Zosia obudziła się tylko raz czy dwa razy. Za to Marysia cyc i cyc, nie je, ale musi go memłać. Nie chcieliśmy dawać smoczka, ale nie mogę tak godzinami, jednak ona smoczka nie toleruje. Walka trwała długo, ja juz ledwo na oczy widziałam, ale w końcu, nie wiem o której, zasnęłyśmy. Wszyscy wykończeni. A od rana Zosia humorek że bez kija nie podchodź... Kocur się z nią męczył, ja odsypiałam z Marysią. teraz Zosia śpi, ale Marysia się obudziła i chce cyca znowu... Nic dziwnego, że przez tydzień przytyła z 3,55 kg (spadek wagi po porodzie) do 4,170 kg, jeśli tyle je!

No i na tyle mojego pisania, bo musze nakarmić głodomora... Wessie mnie całą!

piątek, 19 czerwca 2009

4 lata temu od rana padał deszcz i wiał silny wiatr. O 13 fotograf, sesja zdjęciowa z rodzicami i świadkami. Kiedy wyszliśmy ze studia świeciło słońce, a wiatr przegonił ciemne chmury na dobre. O 15 rozpoczęła się msza w kościele. 4 lata temu zostaliśmy mężem i żoną. I choć jeszcze tego dnia moja mama powtarzała mi: "Jeszcze możesz się rozmyślić" (jak możecie się domyślić nie przepadała za zięciem), to nie rozmyśliłam się. Dziś też powiedziałabym "tak". I to jest chyba najważniejsze. Pomimo gorszych chwil, pomimo wszelkich problemów, znów powiedziałabym "tak". Bo związek to nie jest sielanka. Czasami to ciężka praca, nad sobą, nad drugą osobą. Praca, która trwa latami. Co tam 4 lata! Dużo jeszcze burz przed nami. Jednak najważniejsze, że mamy siebie, mamy nasze córeczki, nasz dom. Stworzyliśmy rodzinę. Nie idealną, ale kochającą się, ciepłą rodzinę. Pomimo wiatru w oczy (głównie, a może wyłacznie, jeśli chodzi o finanse, pracę Kocura), dajemy radę.

Wczoraj mieliśmy 4-tą rocznicę ślubu. I choć jestem rozczarowana, że Kocur się nie postarał, że nie był to wyjątkowy dzień, to wybaczę. Liczą się przecież te szare, zwyczajne dni.

środa, 17 czerwca 2009

Ze dwa dni temu bawiliśmy się z Zosą w jej pokoju, radio grało w tle, kiedy naszą uwagę przyciągnęło słowo "Polish" wypowiadane przez słuchacza na antenie. Oczywiście zaczęliśmy słuchać, ciekawi o co chodzi. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, jak mówią. Tak bylo i w tej dyskusji. Wiadomo, jest recesja. Wiadomo, kolejka w socjalu po zasiłek zdaje się nie mieć końca. Pan na antenie powiedział, że w tej chwili na zasiłu jest około 40 tysięcy Polaków (co daje połowę emigrantów na zasiłku). No i dlaczego? Dlaczego rząd irlandzki im płaci?Dlaczego nie wrócą do kraju? Dlaczego nie zapłaci im rząd polski? Jaka to by była oszczędnośc, gdyby ci wszyscy obcokrajowcy, którzy pobierają tu zasiłek wyjechali! Złapałam za słuchawkę i zadzwoniłam. Lekko drążcym głosem powiedziałam, że niby dlaczego mam wyjeżdżać? Kupilismy tutaj dom, płacimy podatki, PRSI (takie ichnie ubezpieczenie społeczne), czy to nie upoważnia nas do pobierania zasiłku, kiedy nie mamy pracy. Trochę chaotyczna była ta moja wypowiedź (lekka trema jednak), ale chodziło mi o to, że to nie fair, takie podejście do sprawy. Równolegle ze mną dzwonił też inny Irlandczyk, który powiedział: "Jak było dobrze, to Polacy byli o, jak jest ciężko, to wynocha? To niesprawiedliwe. W cięzkich czasach powinnismy trzymać się razem" Bardzo mi się spodobało jego podejście.

Zapomniałam wspomnieć o historii Irlandii, o której oni zdają się też teraz zapominać. Ile tysięcy Irlandczyków wyjechało do Ameryki w poszukiwaniu nowego, lepszego życia, pracy? To też były czasy kryzysu. I gdyby ktoś do nich miał pretensje, że zabierają miejsca pracy, że kosztują państwo za dużo, jakby się wtedy czuli? Rozmawiałam z wieloma Irlandczykami, którzy pamiętali o tamtej emigracji i dlatego tak chętnie pomagali nam, Polakom, przyjeżdżającym tutaj. Szczególnie, że Polacy sa uważani za dobrych, solidnych, pracowitych i uczciwych pracowników. Są wyjątki oczywiście, jak zawsze i wszędzie. Na antenie wspomniałam tez, że Polacy wydaja tutaj swoje pieniądze, co też napędza gospodarkę, na co usłyszałam od prowadzącego, że wielu Polaków wszystkie pieniądze wysyła do domu. odpowiedziałam, że wielu z tych, którzy przyjechali tu zarobić, odłożyć, wróciło już do Polski. Przecież mamy tez swoją dumę! Nie zdążyłam tylko dodać, że wśród moich znajomych mogę wymienić z 10 par, które kupiły tu dom i to właśnie tutaj wydają swoje pieniądze, Ile jest takich rodzin? Dużo.

Rozumiem, że niektórzy się oburzają, że obcokrajowcy dostaja zasiłek, że są obciążeniem dla państwa, że są to pieniądze z ich podatków, składek. W Polsce w takiej sytuacji pewnie tez byłyby takie głosy. Nie wolno jednak zapominac, że dla wielu z nas Irlandia stała się domem. To tu mamy swoje cztery kąty, to tu pracujemy, to z tym krajem wiążemy naszą przyszłość. Czy można nam więc odmawiac prawa do takich samych przywilejów, jak Irlandczykom? A nawet jeśli nie wszyscy planują tu zostać - przecież płacili, co mieli płacić, dlaczego teraz nie mają miec takich samych praw?

Ciekawa jestem, czy udało mi się kogokolwiek przekonać w moich "radiowym wystapieniu" :)  

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Wiadomo, facet musi czuć się potrzebny, doceniany. Nawet jeśli wbije w ściane gwóźdź, to powinien usłyszeć "dziękuję, jak wspaniale to zrobiłeś!". Owszem, zapominam o tym, Kocur ciągle mi marudzi, że go nie doceniam, nie chwalę, tylko krytykuję itd. To nie do końca jest prawda, ale nie będę się spierać. Przyznaję, że w trakcie ciąży, a szczególnie juz pod koniec, oraz teraz, bardzo mi pomaga. Sprząta, gotuje, zajmuje się Zosią, robi zakupy itd. itp. Nie poradziłabym sobie bez niego, to na pewno. Doceniam to i jestem wdzięczna. Widać jednak nie aż tak, jak powinnam...

Kocur ma taka swoją grę, w którą zaczął grać w 2006 roku, potem skasowal postaci, znów założył konto, znów oddał, a teraz trzeci chyba raz założył kolejna postać. Nienawidzę tej gry z całego serca, ale on ja uwielbia, dzięki niej odrywa się trochę od rzeczywistości i problemów, a poza tym poznaje sobie ludzi i gada z nimi, czego też potrzebuje. Nadal nienawidzę tej cholernej gry, ale dopóki jakoś trzyma się w ryzach i nie zanidbuje nas, ani domu, to niech sobie ma i gra. Jednak...

Ma tam znajomą, spotkaliśmy się z nią rok temu w Polsce. Poznali się właśnie w grze, gadali. Spotkaliśmy się i od razu jej nie polubiłam. Ludzi traktuję raczej jak czystą kartę, na początek daje im kredyt zaufania, ale jej nie polubiłam bardzo. Zazdrośc? W jakimś sensie tak. Jest przy kości, piękność żądna, ale przecież Kocur to nie idiota, który leci tylko na wygląd. A dziewczynka jest sprytna. Przy tym swoim kluskowatym wyglądzie udaje sierotkę, co to pomocy od mężczyzn potrzebuje, ich opieki. A oni (Kocur, jesgo kolega z gry też) leca na to jak muchy na lep. Czują się wtedy pewnie tacy ważni! Potrzebni! Rok temu, kiedy siedzieliśmy z nią i z naszymi znajomymi w knajpce na Starym Mieście w Warszawie, Kocur "chciał być uprzejmy" i ciągle z nia rozmawiał, nadskakiwał, czarował. Ja czułam się tam, jakbym nie tylko nie była jego żoną, ale wręcz jakby mnie tam wcale nie było. To ona (!) zwróciła mu uwagę, że przeszkadza mi dym z jego papierosa... Teraz znajomośc się odnowiła i co nie zajrzę do komputera, to widzę migającą kopertę na gg "S przesyła wiadomość", albo widzę jak Kocur z nią klika. Rozmawia z nią więcej, niż ze mną. Nic więc chyba dziwnego, że szlag mnie jasny trafia... Powiedziałam mu,że mi to przeszkadza, nie podoba się, tudzież wk*&^% mnie (w zależności od tego jak zła byłam mówiąc mu to), podobno przystopował.

Wniosek z tego jeden: facet lubi być facetem, więc jeśli żona/dziewczyna/partnerka jest zaradna, obrotna i silna, to bardzo łatwo obcej babie zbałamucić go "na sierotkę". Sposób stary jak świat, powiecie, że mogłabym i ja go zastosować, ale nie potrafię udawać. Jestem silna, zorganizowana, zaradna i traktuję to raczej jako zaletę, a nie wadę. Walczę więc z S jak potrafię i niech się odstosunkuje od mojego męża! :P

niedziela, 14 czerwca 2009

Staram się celebrować chwile. Takie jak dziś, kiedy Zosia znów przychodziła do mnie i przytulała się ufnie (odkąd jest Marysia to głównie do taty wyciąga ręce, bo widzi, że ja jestem zajęta). Kiedy Marysia po odklejeniu od cyca uśmiecha się bezzębnymi usteczkami i przeciąga rozkosznie. Kiedy jemy we troje obiad, każdy z nas samodzielnie (Zosi nie można już karmić, co najwyżej pomagac trochę, ale musi jeść sama), a Marysia śpi spokojnie. Kiedy tłumacze mojej większej małej, że teraz gotuję obiad, opowiadam co jest w garnkach, a ona patrzy i słucha. Lub kiedy siedzi mi na kolanach, a ja na uszko mówię jej jakie dźwięki wydaje kogut, krowa, kotek, piesek... a ona się śmieje i wtula we mnie. To był bardzo miły dzień. Udany.

Rano poszlismy na mszę (nie jesteśmy zbyt religijni, ale od jakiegoś czasu postanowilismy, że co niedzielę będziemy chodzić do kościoła, żeby stowrzyć jakiś niedzielny rytuał, taki, jaki ja miałam w domu, który teraz bardzo dobrze mi się kojarzy). Nie bylismy już jakiś czas, więc Zosia nie była rozbrykana jak zwykle. Najpierw grzecznie trzymała się moich kolan, potem robiła kilka kroków i tyłem wracała znowu do moich nóg. W pewnym momencie pomyliły jej się odległości i zamiast u mnie, wylądowała plecami między kolanami pana siedzącego kawałek obok. Ufnie położyła mu głowę... no wiecie gdzie, kiedy się odchyliła :) I stała tak, nieświadoma niczego, ja czerwona ze wstydu, wszyscy rozbawieni. W końcu pan pomachał jej zza pleców i dopiero wtedy odskoczyła od niego zdziwiona. Ale nie zażenowana :) Wytrzymała prawie cała mszę, dopiero pod koniec Kocur musiał wyjśc z nia na dwór, bo zbytnio się rozbrykała. W kościele, do którego chodzimy, jest specjalna sala dla rodzin z dziećmi. Całkiem z tyłu, przeszklona. Niby to ok, bo dzieci mogą sobie hałasować i nie przeszkadzają tym , którzy poszukują skupienia na mszy (choć to raczej niemożliwe, msze tutaj są zupełnie inne, niż te polskie, nie ma w nich tej tajemnicy, odświętności, skupienia... a komunię np. rozdaje ksiądz, a pomagają mu jeszcze pan w adidasach i panienka w T-shircie i spodniach dresowych). Więc niby ok, ale jakoś tak... nie chodzimy tam, chcemy brać udział we mszy, nie być odizolowani. W razie zbyt głośnego zachowania Zosi, Kocur po prostu wychodzi z nia na dwór.

Popołudniu odwiedziły mnie koleżanki z pracy, zobaczyć Marysię. Dziewczynki dostały od nich śliczne ubranka, a ja bukiet róż. Posiedziałyśmy, porozmawiałyśmy. Jedna z nich w ciąży, termin na listopad :) Widać już brzuszek, ślicznie wygląda w ciąży :)

Lubię wieczór, godzinę 20 - 21, kiedy panny wykąpane, nakarmione, śpią. Zosia zasypia pięnie w łóżeczku (wszyscy, którzy straszyli mnie potwornymi problemami z przestawianiem jej ze spania z nami, na samodzielne spanie i zasypianie, nie mieli racji! :), Marysia z nami na dole, w wózku. Sprzątam trochę kuchnię, ograniam salon, zbieram zabawki, a potem coś oglądamy. Odpoczywam, relaksuję się. Miłe są takie wieczory. Szczególnie kiedy dookoła ciasza i spokój. Tak, jak teraz. I choć spać się chce, i pewnie położę się wcześnie, to i tak jest przyjemnie. Wam również życze takiego miłego wieczoru.

 
1 , 2