Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
piątek, 29 maja 2009

Widać chyba jak potwornie się nudzę... Zasypuję więc mój biedny blog wpisami bez ładu i składu. Ale przy okazji trenuję nową umiejętność wstawiania plików z YouTube (które nadal chodzi mi jakby chciało, a nie mogło...). Nie udało się z Air, bo nie chciało się ładować, to spróbujmy z Mo'Horizons i ich najradośniejszym video:

14:43, zaba791 , inne
Link Komentarze (2) »

Brzuch jak piłka, Marysia rozpycha się w środku jak zawodowy rugbysta. Nie mogę za bardzo nic robić, bo szybko się męczę i puchną mi stopy. A z drugiej strony mam dość siedzenia/leżenia na kanapie. Wszystko mnie denerwuje. Jestem potwornie znudzona, bo ani ciekawej książki do czytania, a dekoder do polskiej telewizji zepsuł się już ponad 2 tygodnie temu. Nowy w drodze, ale ciągle nie tu. Próbuję oglądać jakieś stare piosenki na You Tube, ale coś się wiesza i mogę sobie obejrzeć jakieś 50 sekund i koniec. Albo w ogóle mi się nie włącza. Wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie! Okropna jestem, marudzę, stękam, złoszczę się... Ale naprawdę nie wiem już co ze sobą zrobić :( Zwariuję!

Na poprawę humoru próbowałam obejrzeć Tiziano Ferro "Imbranato" i Nek "Laura non ce", tak mnie naszło na włoskie piosenki. Ni mogę sobie obejrzeć i posłuchać po kawałku. Aaaaa, cholera by to wzięła, no! W każdym razie Wam polecam, fajne piosenki sprzed kilku lat, panowie też niczego sobie :)

O Rentonie już pisałam :) Ale

piosenka, którą nagrali jeszcze na studiach (nasza uczelnia się nawet szarpnęła i zasponsorowała im!), jest jedną z moich ulubionych:

czwartek, 28 maja 2009

I tylko gdyby ktoś jeszcze nauczył mnie wreszcie jak umieścić np. całe video z You Tube (Justyna, może Ty? albo Pani Doktor Ewa?), byłoby super :) A tak to proszę sobie zajrzeć, lekko kołysze i rozleniwia... Aż chce się gdzieś do domku na plaży... Ech...

http://www.youtube.com/watch?v=2PWfB4lurT4

Po ciężkiej nocy zasługuję na dzień lenistwa :)  

 

Mój znajomy ze studiów biegnie za kilka dni w maratonie. Znamy się juz kilka lat (rany! jak ja go na początku nie lubiłam! ;), więc ręczę za niego, że pieniądze przekaże na cel, o którym mówi. A pisze o tym tak:

Czesc wszystkim,

pewnie juz czesc z Was slyszala (albo widziala na facebooku) ze za 4
dni bede biegl w maratonie w Edynburgu. Juz teraz chodze po domu w
nowych butach do biegania i mam nadzieje ze je szybko rozchodze...

Mam cicha nadzieje skonczyc bieg w 3 godziny. Zobaczymy jak mi sie to
uda, nie chce byc zarozumialy bo wszystko moze sie zdarzyc... ale
trenowalem i jesli sobie nic nie nadwyreze i nie skrece ani nie
obetre, to mam szanse....

To bedzie moj trzeci maraton ale po raz pierwszy biegne w celach
charytatywnych. W Wielkiej Brytanii to jest raczej powszechne ze sie
biega w celach charytatywnych... wiec dalem sie skusic... ze
wszystkich organizacji dobroczynnych wybralem taka ktora pomaga
ludziom chorym na raka i im rodzinom. Przez ostatnie kilka lat troche
ludzi w moim bliskim otoczeniu zetknelo sie z ta choroba, niektorzy
doswiadczyli co to jest w kazdym zakresie.

Duzo pieniedzy idzie w rozwoj badan nad rakiem albo w opieke medyczna
nad chorymi... Ale malo uwagi zwraca sie na zwyczajna pomoc chorym.
Gdy ktos sie dowiaduje ze jest chory, sporo mysli mu przechodzi przez
glowe... to moga byc ostatnie miesiace zycia, i szkoda tracic czas na
szukanie informacji, adresow, itd. Fachowa porada powinna byc dostepna
od razu, ale lekarze maja kolejnych pacjentow w poczekalni, panie w
rejestracji sa zupelnie nie przygotowane, a reszta swiata zwyczajnie
nie ma pojecia o raku, chyba ze ktos sam go kiedys mial i przezyl...
Organizacja ktorej chce pomoc wlasnie tym sie zajmuje. Szeroko
rozumiana pomoca dla chorych. Poczawszy od kupowanie automatow do kawy
dla poradni onkologicznych, przez pomoc psychologiczna,  i skonczywszy
na finansowaniu opieki pielegniarskiej w domach chorych i w
hospicjach.

Podobno jedna trzecia z nas bedzie miala raka wczesniej czy pozniej w
zyciu, ale przeciez nie chce nikogo straszyc:) Po prostu,
przeprowadzam zbiorke wsrod znajomych i przyjaciol, mam nadzieje
uzbierac 800 funtow. Po 5 albo 10 funtow od lebka, jak ktos chce,
mozna wiecej, a jesli kogos nie stac - to poprosze e-maila ze slowami
otuchy.

Dziekuje z gory i prosze trzymac za mnie kciuki w niedziele. A datki
mozna wplacac na mojej stronie:
http://www.justgiving.com/jakubdubaniewicz , trzeba kliknac "sponsor
me now" i dalej podazac za instrukcjami.

Więc jesli macie praę groszy i chcecie go wesprzeć, zapraszam. Dobre słowo pewnie też się przyda :)

12:02, zaba791 , inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 maja 2009

Zawsze uważałam się za osobę otwartą, tolerancyjną. Rasistka? Ksenofob? To nie ja. Teraz mieszkam w obcym kraju, który przyjął mnie niemal z otwartymi rękami, zapewnił pracę. Kupiliśmy tu dom, nasza Zosia uczy się języka, chodzi do żłobka, obcuje z innymi dziećmi. Zapisaliśmy ją nawet do szkoły, w której uczą się dzieci z 52 różnych krajów świata.

Jest zgrzyt. Tutaj, gdzie dużo więcej ludzi przeróżnych narodowości na każdym kroku - w sklepie, u lekarza, w pracy, na ulicy, stałam się trochę rasistką. O ile można być rasistą "trochę". Nie jestem w tym odosobniona, wielu Polaków w Irlandii, z którymi rozmawiałam na ten temat, myśli podobnie. O co chodzi z moim rasizmem? Bardzo staram się nie uogólniać, ale... Z tego, co widzę, przerażająca większość Murzynów tutaj żyje sobie całkiem wygodnie, status uchodźcy, zapomogi od państwa, liczne rodziny. Pracować? Po co? A jeśli już, to po co się spieszyć? Starać? Historia z życia wzięta: Murzynka próbuje dostać się do autobusu z wóżkiem, kierowca mówi, że są już dwa wózki i kolejny zagrażałby bezpieczeństwu. Ona nie zastanawiając się długo bierze dziecko na ręce, a wózek wyrzuca, mówiąc, że jutro dostanie nowy z socjala. Kobiety i dzieci są głośne, bezczelne (w markecie wyjmowaliśmy z Kocurem zakupy na taśmę, ja w ciąży z Zosią w ramionach, on ze złamaną ręką, tuż za nami swoje zakupy zaczęła wyjmować Murzynka, kiedy grzecznie zwróciłam jej uwagę, że to jeszcze nie wszystkie nasze rzeczy i że nie zostawia nam  miejsca, powiedziała, żebyśmy sobie przesunęli jej zakupy...). I na nic tu moja wiedza z książek Kapuścińskiego, moja cicha fascynacja Afryką, ciekawość, zyczliwość ogólna do ludzi. Staram się nie generalizować, ale... no nie potrafię! Nie jest ze mną aż tak źle, jak z Kocurem, który stał się momentami wulgarny w wyrażaniu swoich opinii (na szczęście nie publicznie) i jego zachowanie przeszkadza nawet mi, ale mój stosunek do Murzynów trudno nazwać tolerancyjnym. Nie chodzi mi o to, że głośno komentuję, obrażam czy zachowuję się niekulturalnie, ale jest we mnie coś, co od razu ich szufladkuje.

Azjaci. Ze względu na swoją pracę mam kontakt z ludźmi z Azji bardzo często. Niestety ich zachowanie bardzo mnie zniechęciło. Jedna KOreanka rzuciła we mnie krtką papieru, bo nie dałam jej tego, co chciała (zgodnie z zasadami obowiązującymi w banku). Dodam, że byłam już wtedy w zaawansowanej ciąży. W tym samym mniej więcej czasie Chińczyk krzyczał na mnie z podobnych powodów. Głównym problemem z jakim przychodzą są wyciągi z konta, których potrzebują, żeby przedłużyć wizy, a które poinni zamawiać z wyprzedzeniem, bo trwa to około 5 dni, żeby je zamówić i wysłać pod podany adres. Jednak oni uparcie przychodzą w dniu, kiedy mają spotkanie w urzędzie emigracyjnym i chcą je od razu, od ręki. I nie dostają. Tutaj zaczyna się podnoszenie głosu, tupanie nogami, awanturowanie się i co tylko. Ręce opadają. Poza tym dziwne jest też to, że wśród tych narodowości właśnie, dużo jest przypadków prania brudnych pieniędzy...

Arabowie. Kobietę przeważnie traktują z góry, niemal zażenowani, że muszą ze mną rozmawiać i że w jakiś sposób sa ode mnie uzależnieni. Ich stosunek widać w każdym geście, słowie, spojrzeniu. Nie wszyscy oczywiście, głównie ci przyjezdni, strudenci, świeżo po przyjeździe. No i jeszcze ten nasz lokator, co to bił/nie bił swoją dziewczynę...

Jestem zła na samą siebie, że tak się nastawiam, poddaję stereotypom. Zdaję sobie sprawę, że o Polakach można myśleć podobnie: pijacy, złodzieje, nieudacznicy, puszczalskie itd. I kiedy pomyślę sobie, że ktoś zaszufladkowałby mnie właśnie w ten sposób dlatego, że jestem Polką, to wiem, jakie to niesprawiedliwe. A jednak trudno jest mi pokonać własne uprzedzenia i zmienic wizerunek, jaki powastał w mojej głowie...

13:25, zaba791 , inne
Link Komentarze (31) »
wtorek, 26 maja 2009

Chociaż dopiero drugi raz w życiu jest to także moje święto, chociaż mogłabym dużo napisać o mojej mamie, to dziś o czymś innym :)

Ostatnio zaaferowały mnie dwie dyskusje na dwóch blogach. O jednej wspominała we wpisie "Każdy kij ma dwa końce" - chodzi o to, czy sądy w Polsce (a później, dzięki Agnieszce, również w Holandii) są obiektywne przyznając prawo do opieki nad dzieckiem przeważnie matkom (w Holandii z kolei zupełnie odwrotnie, ojcom). Dyskusja była zażarta, oczywiście w najmniejszym nawet stopniu nie rozwiązała problemu, ale poruszyła myśli i emocje. Po to przecież człowiek ma szare komórki i prawo do własnego zdania. Ja wychodzę z założenia, że trzeba uważać z ocenieniem innych. Każdy ma prawo żyć jak mu się podoba tka długo, jak długo nie szkodzi innym.

Teraz na jednym z moich ulubionych bogów pojawiła się dyskusja związana z Anią (jej blog www.annablack.blox.pl ). Ania choruje na stwardnienie rozsiane i na swoim blogu umieściła numerkonta, na które można wysyłać jej pieniądze. Leczenie jest bardzo drogie, leki, rehabilitacja, sprzęty. I odezwał się ktoś, oburzony, że Ania smie wyciągać rękę po pomoc, a tymczasem wyjeżdża sobie do Włoch na wakacje! Nie znam Ani, nawet dobrze nie znam jej historii, bo przeczytałam tylko kilka wpisów, żeby mieć jako - takie rozeznanie w sytuacji. Po raz kolejny zaskakuje mnie jednak to, jak łatwo ludzie wydają wyroki. Jak chętnie oceniają i mówią "ja bym tak nigdy nie zrobił/ła". Czy wynika to z tego, że przez takie oceny sami czują się lepiej? Bo choć w teorii tylko, ale przecież są lepsi! Sami nigdy nie poprosiliby o pomoc, nie pozwoliliby, żeby rodzina się poświęcała i stawiała nasze potrzeby na pierwszym miejscu, zapominając o sobie, nie wykorzystywaliby naiwności ludzi (bo zakładają, że ci, którzy decydują się pomagać Ani są naiwni). Tymczasem nie mamy pewności jak byśmy się zachowali w danej sytuacji, dopóki sami się w niej nie znajdziemy. Czasami największy tchórz zostaje bohaterem, a chojrak ucieka z podkulonym ogonem. A życie lubie nas doświadczać i wystawiać na próby.

Żyj i pozwól żyć innym. Czy to naprawdę takie trudne? Nie twierdzę, że sama nie oceniam. Owszem, czasami oceny przychodzą mi zbyt łatwo. Zawsze staram się jednak nikogo nimi nie dotknąć. Albo zachowuję je więc dla siebie, albo dzielę się nimi w gronie, do którego mam zaufanie, mając pewność, że nie dotrze to do osoby, którą oceniam. Ktoś powie, że "obgaduję", no cóż, może i tak? Trudno uchronić się przed ocenianiem, porównywaniem się do drugiej osoby, szczególnie, jeśli dzięki temu sami lepiej się czujemy. Dopóki jednak nie ranimy tym nikogo, możemy chyba pozwolić sobie na odrobinę luksusu tego typu. Tylko starajmy się nie ranić innych...

Przypomniałam sobie mój wpis sprzed kilku miesięcy, kiedy pisałam, że brakuje mi cierpliwości do Zosi, że nie mam już sił, że pies zrobił kupę w pokoju i się popłakałam. Ktoś wtedy, anonimowo oczywiście, strasznie mi wtedy dokopał, dołączyła się jeszcze trochę znajoma. Przez chwilę czułam się jak wyrodna matka, niedojda, kobieta, która nie radzi sobie ani jako matka, ani żona, ani jako kobieta. Na szczęście jestem silna, znam swoją wartość i uczę się na błędach. Teraz nie piszę już wszystkiego w blogu, nie spominam o rzeczach, których nie chcę poddawać ocenie innych. Wiem, że jestem dobrą matką, wiele musiałam się nauczyć, ale przecież to moje pierwsze dziecko! Jestem dobrą żoną, jestem kobieca, dobrze zajmuję się domem. Nikt mnie już nie dotknie głupim komentarzem, wnioskami wysnutymi z kilku zdań. Bardzo wtedy pomogły mi Wasze komentarze i wsparcie. Ale ja to ja. Są ludzie mniej odporni na ludzką złośliwość i bezinteresowną złość, jad. Dlatego warto się zastanowić co piszemy... Takie moje skromne zdanie....

11:55, zaba791 , inne
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 maja 2009

Piszę to ogólnie, bez związku z żadną konkretną sytuacją. Wpis Dr Ewa 999 ( http://drewa999.blox.pl/2009/05/samotni-ojcowie-i-samotne-matki.html ) zmusił mnie do myślenia. Już dawno przestałam, albo przynajmniej staram się, generalizować. Świat jest zbyt złożony, zbyt skomplikowany, żeby móc wydawać jednoznaczne opinie, szczególnie w trudnych kwestiach związanych np. z życiem i śmiercią, miłością, nienawiścią itd. itp. Zawsze znajdą się argumenty za i przeciw, cała mądrość w tym, żeby móc ocenić któe rozwiązanie w danym przypadku jest lepsze. Może to z mojej strony uciekanie przed wyrażaniem opinii? Chyba nie. Raczej "żyj i pozwól żyć", dopóki czyjaś decyzja nie stwarza zagrożenia, nie krzywdzi innych, dlaczego odmawiać prawa do podjęcia tej decyzji?

Po śmierci chcę być skremowana. Nie chciałabym (to moje zdanie na dzisiaj, na teraz, może za kilka lat je zmienię) być sztucznie utrzymywana przy życiu, jak roślinka. Chcę, żeby w razie czego moje organy zostały wykorzystane do ratowania życia komuś innemu. Uważam, że gdybyśmy rozstali się z Kocurem (nie planuję w najbliższym czasie ;), to lepiej potrafiłabym zaopiekować się naszymi dziećmi, nawet jako samotna matka. Wszystko to jednak dotyczy mnie bezpośrednio. Każdy inny przypadek jest po prostu... inny. I tak trzeba go rozpatrywać.

Tak się wczoraj wzięliśmy do roboty przy ogródku, że dziś ledwo żyjemy. Na zakwasy najlepsza praca i z tym hasłem na ustach ruszyliśmy dziś ponownie do walki. Ja sadziłam i pieliłam (pełłam?), Kocur usuwał jeszcze resztki korzeni. Ostał się jeden, skurczybyk taki, w samym rogu. Kocur próbował tak manewrować samochodem, żeby go wyrwać, ale jedyne, czego się dzięki temu pozbył, to... murek pomiędzy naszym podwórkiem i sąsiadki. Usłyszałam tylko głośne "bum!" i murek na całej długości leżał sobie już poziomo. Taki to murek, do niczego nie przytwierdzony, ze 4-5 metrów wolno stojacych niemal pustaków, otynkowanych i pomalowanych. Baliśmy się, że sąsiadka się zdenerwuje, ale nawet nie. Na razie mamy więc optycznie większe podwórka :) A z czasem zamiast murku Kocur zrobi bramki pomiędzy naszymi domami i będzie jeszcze ładniej :)

Pomysł Kocura na firmę i interes zaczyna nabierać realnych kształtów. Widzę, jak odżył ten mój mąż, o ile więcej ma energii, jak dużo lepiej między nami jest. Pomysł jego, świetny zresztą według mnie, wykonanie, zwłaszcza na tym początkowym etapie, w dużej mierze mojej. Mam być vice-dyrektorem :) Jesteśmy na etapie rejestrowania firmy, zastrzegania nazwy i nawiązywania kontaktów z producentami w Polsce. Dwie firmy są zainteresowane, pozostaje ustalić warunki współpracy, przygotować naszą ofertę i zbierać zamówienia od klientów w Irlandii. Jeśli się uda... Nie marzymy o tym, żeby stworzyć olbrzymią firmę, a samym stać się bogaczami, ale żeby być w stanie utrzymać naszą rodzinę i życ na przyzwoitym poziomie materialnym. Bez szaleństw, zbytków, luksusów. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, jak mówią, ale mam nadzieję, że te nasze skromne plany i marzenia się spełnią, a potem będziemy potrafili znaleźć złoty środek między pracą i życiem prywatnym :) Trzymajcie kciuki! Wybaczcie, że nie piszę co to za pomysł, ale nie chcę zapeszać.

Pogoda wreszcie piękna! Ciepło! Lato czuć! Nawet wieczorem w bluzce z krótkim rękawem nie było mi zimno. Cudownie! Wspaniała pogoda na poród... Naprawdę nie obraziłabym się, gdyby Marysia postanowiła urodzić się np. dziś w nocy. Byłabym wręcz wdzięczna :)

A teraz do łóżka, ułożyć zapuchnięte nogi wyżej i spaaaać! Wysiłek fizyczny dobrze wpływa na sen :) Oooo, ale Marysia chba ma inne plany... :( Nic to, zmęczona jestem, to zasnę :) 

czwartek, 21 maja 2009

Ciężko jest zagonić Kocura do pracy w/przy domu. W jakimś stopniu to już zaakceptowałam, ale czasami trudno się nie denerwować, że podwórko przed domem, za domem, w takim nieładzie, że tyle rzeczy nie skończonych w domu. Tym bardziej więc miło, kiedy sam się bierze do pracy i widać efekty. Dziś akcja ogródek: wyciął wszystkie krzaki (no taki niby żywopłot), które rosły przed domem, wykopał już prawie wszystkie korzenie, czekamy kiedy wróci sąsiadka, żeby pożyczyć od niej widły i grabie. Efekt jest niesamowity! Nagle przed oknem zrobiło nam się duuużo miejsca i dużo słońca. Ja zabrałam się za pielenie i znowu widac moje róże pod oknem! Na razie wygląda to trochę jak pobojowisko, ale ile przestrzeni! Jak Kocur skopie ziemię, to będę mogła posadzić resztę kwiatków (wczoraj wieczorem sadziłam do dużych doniczek, które stoją przed oknem). Ładnie wreszcie będzie! A jak sąsiadka się ucieszy! - nie będzie już musiała obcinać krzaczorów od swojej strony. Ale jestem zadowolona :)

A Marysia nadal się rozpycha, ale chyba przestało jej się spieszyć na ten świat...

Czasami nachodzi mnie ochota na polską, dobrą muzykę. Piosenki ze świetnym tekstem, które mówią o czymś, nie o byle czym, z dobrą melodią, zaśpiewane dobrym głosem, profesjonalnie. Żadne tam gwiazdki jednego sezonu, które błysnęły buistem czy pupą, albo potrafią się dobrze wypromować.

Od lat na mojej liście "the best of the best" prym wiedzie Andrzej Zaucha. Nie tylko jego najbardziej znane utowry, ale również covery jazzowe, bluesowe. To był głos!, artysta!, osobowość sceniczna! Jednym z jego moich ulubionych utworów jest "Wymyśliłem ciebie". Muszę jednak przyznać, że późniejsza wersja Markowskiego z Miką Urbaniak również bardzo mi się podoba. "Byłaś serca biciem", "C"est la vie", "Bądź moim natchnieniem", "Dzień dobry Mr Blues", "Bezsenność we dwoje", "Szczęście nosi twoje imię", to moje ulubione piosenki. Uwielbiam "Georgia on my mind" Ray Charles'a, ale wersja Zauchy jest równie piękna.

Pani Ewa Bem, hmmm, ile uroku mają w sobie jej piosenki! I seksapealu. "Miłość jest jak niedziela", "Wyszłam za maż, zaraz wracam", "Moje serce to jest muzyk", "I co z tego dziś masz". Przy "Pomidory", "Żyj kolorowo" i "Kolega maj" zawsze się uśmiecham. "Bo we mnie jest seks" porusza mi biodrami ;) Z nowych utworów bardzo podobaja mi się "SMS-y" i "Pół ciebie, pół mnie" z Andrzejem Piasecznym (a'propos Piaska, kiedy dojrzał jako artysta i mężczyzna wierzyłam, że gdybyśmy się poznali, to na pewno uległby mojemu urokowi... jakie było moje rozczarowanie ostatnio, kiedy dowiedziałam się, że jest gejem! no nie! kolejny fajny facet nie dla kobiet? :( ). Utworem "Podaruj mi trochę słońca" zachwycili się moi znajomu muzycy z duetu Mo'Horizons. Sami tworzą bardzo słoneczną, radosną muzykę, więc ten utwór, nawet bez znajomości słów, odczytali bardzo poprawnie. (a'propos Mo'Horizons, bardzo polecam ich muzykę, właśnie sprawdziłam na youtube i jest sporo ich utworówm szczególnie lubię video "Gonna be").

Zbigniew Wodecki... "Lubię wracać tam gdzie byłem" zawsze przenosi mnie wspomnieniami do mojego małego Lidzbarka, szczególnie wiosną i latem... "Zacznij od Bacha" na dobry początek dnia, "Z Tobą chcę oglądać świat", "Dobranoc, dobranoc" - na piękny koniec dnia. Przy "Opowiadaj mi tak" szalałam z Zosią w ramionach. "Izolda" jest strasznie smutna. "Nad wszystko uśmiech twój", ech, pięknie usłyszeć coś takiego, prawda?

A Hanna Banaszak? "Samba przed rozstaniem" taka smutna, ale za to "Żegnaj kotku" doprowadza do śmiechu. Moja ulubiona wersja tego ostatniego utowru to wykonanie Miriam Aleksandrowicz, jakie usłyszałam na wieczorku karaoke :) Jej syn, a nasz znajomy, Jasiek, stał sobie na stole w okularach przeciwsłonecznych i udawał twardziela :) Talenty aktorsko - wokalne rodzinne :) Bardzo lubię kołysanie "W moim magicznym domu", a jesienia "Pejzaż bez ciebie". Przewrotna i taka niegrzeczna "Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia" nie przystoi mężatce, ale czasami lubię sobię to cichutko zanucić :) "Pogoda ducha" - kolejny utwór na poprawę nastroju.

To moja ulubiona czwórka, jeśli chodzi o "hurt", czyli mnóstwo dobrych piosenek jednego wykonawcy. Potem jest detal...

Danuta Rinn "Gdzie ci mężczyźni" - no gdzie?! (szczególnie w Irlandii... na szczęście mojego przywiozłam z Polski :). Ten utwór jest jednym z najbardziej popularnych w jednym z najbardziej znanych klubów gejowskich w Warszaawie :) W każdym razie polecam oryginalny teledysk, jeszcze czarno - biały, niziutka, okrąglutka Pani Danuta, cudnie to wygląda :) Ale bez złośliwości :)

Czesław Niemen, wielka postać, piękne utwory, jednak jest chyba tylko jedna piosenka, której moge słuchać bez wzglądu na nastrój, "Pod papugami", na pozostałe muszę mieć odpowiedni humor, i to raczej ten z gatunku smutnych.

Hmmm, Maryla Rodowicz, kolejna wielka artystka... Też mogłabym zaliczyć ja właściwie do "moich" hurtowników, ale nie zrobię tego, bo skoro do tej pory nie kupiłam żadnej jej płyty, to chyba jednak nią nie jest. "Sing sing" zaśpiewałam na mojej studniówce o pani od angielskiego... że niby ona taka ostra, straszna... Bałam sie potem na maturze... :) Ale pani okazała się fair i wcale nie taka zła, a przede wszystkim świetnym pedagogiem. Teraz słucham "Wsiąść do pociągu byle jakiego", oj chciałoby się czasami... Prawda?

To chyba tyle na dzisiaj, jeśli chodzi o moje muzyczne wędrówki. Szczególnie że popełniałam już podobne wpisy i nie chcę Was zanudzać. Jeśli się powtarzam, to przepraszam. A jeśli macie ochotę, zapraszam choćby na youtube, wszystkie wymienione przez mnie utwory można tam znaleźć. Co zresztą czyniłam, pisząc ten tekst :)

 
1 , 2