Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
środa, 30 kwietnia 2008

Zauważylismy ostatnio z Kocurem, że ciągle ktoś u nas jest. A to jedni znajomi wpadną, a to jakaś moja koleżanka, a to inni. W ostatni weekend np. była Gosia, Monika z Szymonem i Adasiem, a potem Magda z Pawłem, wszyscy w niedzielę tylko. Jak ostatnio Szymony (tzn. Monika, Szymon i Adaś, żeby krócej było) byli u nas, to też nie byli sami, bo wpadła też Ola, którą przywiózł Kuba. W poprzedni weekend odwiedzili nas Ewelina i Piotrek. Właściwie co weekend ktoś. A ile jeszcze wizyt zapowiedzianych i oczekiwanych! To miłe kurczę, to znaczy, że ludzie dobrze się u nas czują, że lubią nasze towarzystwo, nasz dom. Zawsze chciałam mieć coś w rodzaju "domu otwartego", żeby znajomi mogli wpaść jak będą mieli ochotę, posiedzieć, pogadać. Albo po prostu pobyć trochę. Aż miło. Zaczyna się sezon grillowy (a pogoda się popsuła :( ), więc będzie okazja do spotkań i tak sobie myślę, że tym bardziej dużo gości nas czeka. Fajnie :) A dziś wieczorem albo jutro przyjeżdża Maks - jutro odbiera rodziców z lotniska. Chce zatrzymać się z rodzicami u nas na drugą noc, bo Trina nie zdąży "ogarnąć". Ciasno trochę będzie, bo pozbyliśmy sie dwuosobowego łóżka, ale poradzimy sobie.

Drugi dzień dziś sprzątam i już właściwie koniec. Została mi tylko łazienka, ale zostawię ją na jutro dla Kocura, bo mnie potwornie boli kręgosłup. Zaraz muszę skoczyć też na zakupy, żeby mieć coś na obiad dla 5 osób. Jak to się tutaj mówi jestem busy :) Lubię tak :) Zosia teraz grzecznie siedzi z tatą, który napoił ją rumiankiem, a ja mogłam spokojnie skończyć porządki. W domu jest wreszcie pachnąco i świeżo. Lubię tak :)

Miłego długiego weekendu wszystkim w Polsce! Nas to nie dotyczy, ale tak się składa, że Kocur będzie miał teraz kilka dni wolnego, więc mamy taki swój prywatny długi weekend. Wybieramy się nad morze, o ile pogoda trochę się poprawi :)

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Zosia skończyła wczoraj 3 miesiące, miałam więc pretekst, żeby pójść na zakupy ubranek w rozmiarze 3-6 miesięcy :) Powoli zaczyna mi szkrab wyrastać z tych pierwszych (jest już kilka, w które nawet nie próbuję jej wcisnąć), a nawet jeśli by tak nie było, to nie mogę się po prostu oprzeć. Kupiłyśmy różowy kapelusik na lato, w którym na razie wygląda komicznie - opada jej na buzię, że ledwo co spod niego widzi, ale bardzo jej się to podoba. Kapelusik będzie pięknie wyglądał z letnią różową sukienką na lato. Nie ubieram jej tylko na różówo, osobiście wolę zieleń, mała zresztą ślicznie wygląda w zieleni i czerwieni, ale wybór kolorów dla dziewczynek jest dosyć ograniczony... A wszystkie jajcarskie bluzeczki, koszulki itd., z fajowskimi napisami, są dla chłopców. Dzieczynki maja być księżniczkami i już. A szkoda :( Zosia dostała dziś swoje pierwsze buciki, dwie pary nawet. Wreszcie jej skerpety nie będą z nóg spadać :) Szczerze mówiąc, to w dziecięcym dziale H&M dla dziewczynek wykupiłabym połowę, ale poszlibyśmy z torbami, więc się opanowałam :) Kupiłyśmy też nowe body i śpioszki do spania, bo te, które mamy, robią się powoli za krótkie. Nowe będą jeszcze za długie, więc śmiesznie będzie wyglądała.

Wybierałam dzisiaj zdjęcia do wywołania, bo jednak wersja papierowa ma swój urok, przeglądałam zdjęcia od tych pierwszych do tych wczorajszych. To niesamowite jak dzieci szybko rosną, jak się zmieniają! Na codzień tego nie widać, dopiero kiedy spojrzy się na zdjęcia. A przecież to dopiero 3 miesiące! My przez 3 miesiące już się nie zmieniamy, a dziecko niewiarygodnie wprost. Oglądając zdjęcia dostrzegłam też jak brzydką miała skórę przez to zapalenie (AZS) i jak ślicznie teraz wygląda. Kilkakrotne smarowanie w ciągu dnia i dieta przede wszystkim dają niesamowite rezultaty. Ależ ją to musiało męczyć! Stąd czasami godzinne usypianie wieczorem, stąd marudzenie. Teraz po kąpieli i karmieniu kładę ją do łóżeczka i nawet nie muszę przy niej siedzieć - muzyczka sobie gra, projektor puszcza obrazki na suficie, a mała patrząc na nie powolutku sama sobie zasypia. Zapłacze czasami jeśli wypluje smoczek a nie śpi jeszcze twardo, ale potem śpi do 2 w nocy (ostatnio znów zaczęła w nocy jeść, co przy braku wzrostu wagi niedawno bardzo mnie cieszy) albo do 5-6 rano. Odpukać, żadnych problemów, żadnych fanaberii, daje się wyspać rodzicom. Zdarzają się gorsze noce, kiedy wstaję do niej kilka razy i siedzę dopóki nie zamknie oczu (a walczy dzielnie! widać, że kleją jej się oczy, powieki coraz cięższe, ale ona walczy, nie zamknie!), jednak to sporadyczne przypadki. Anioł nie dziecko :)

Późno się zrobiło, nawet nie wiem kiedy. Pora do łóżka, odpocząć trochę, bo na jutro mam zaplanowane bardzo dużo rzeczy do zrobienia. Dobrej nocy!

niedziela, 27 kwietnia 2008

...ale kiedy Gosia przychodzi i po raz kolejny robi przepiękne zdjęcia, które powalają mnie na kolana, to jak mam Wam nie pokazać? Gosiu, pokłony!

na poważnie...

i na wesoło :)

posmiać się trochę to zdrowo :)

hmm... lubię jak mnie mama całuje!

a kto nas tu podgląda jak się przytulamy?

taaaka już silna jestem!

sobota, 26 kwietnia 2008

...a panowie ciągle pracują. Nie wiem na czym to polega, ale normalnie po pracy Kocur pada i marudzi, i stęka że zmęczony i rzadko kiedy coś porobi w domku. Ale niech tylko znajdzie się ktoś do pomocy - będzie zasuwał bez mrugnięcia okiem. Może nie chce okazać słabości przed drugim facetem? A przed żoną czemu nie - powinna pogładzić po głowie, współczuć i być wyrozumiała. Nie narzekam jednak, bo od kilku godzin, pomimo 5 dni w pracy, pracują z Pawłem (znajomy Kocura z pracy) nad łazienką i są szanse, że prace znacznie posuną się do przodu. Tyle tylko, że jutro Kocur będzie kompletnie nie do życia... I dopiero będzie mi marudził.

Zosieńka zasnęła po kąpieli już w trakcie karmienia i od tamtej pory ani razu się nie obudziła. Aż dziwnie się czuję. Snuję się po domu jak duch - nie mam ochoty oglądać telewizji, na książkę jakoś też nie bardzo, pogadałam trochę z siostrą na gg i siedzę przed komputerem. Położyłabym się spać, ale po pierwsze muszę później odwieźć Pawła do domu (to już może być nad ranem, bo zapowiada, że może tak długo pracować), a poza tym dziwnie bym się czuła wiedząc, że oni tam pracują. Jednak pewnie położę się choć na trochę, bo w nocy Zosia trochę marudziła, a rano nie dała zbyt długo pospać. Jutro czeka mnie pracowity dzień, muszę mieć siły.

Zosia od kilku dni intensywnie ssie rączkę, ślini się potwornie, jest niespokojna. Dziś większość dnia spędziła u mnie na rękach, a zwykle nie jest aż taka marudna. Oglądałam jej dziąsła i mimo że to bardzo wcześnie, wydaje mi się, że powolutku idą jej ząbki. Dziąsła są blade, prawie białe, jakby coś tam próbowało się wydostać od spodu. Czy to możliwe tak szybko? Hmm...

Opisywany przeze mnie jakiś czas temu znajomy Kocura, Max, który za dwa tygodnie bierze ślub, dzwoni ostatnio codziennie. I nie to, że rozmawia z Kocurem, więcej ze mną. Brakuje mu tutaj ludzi, czuje się wyobcowany, ale myślę, że to również strach przed tym "ostatecznym". Tydzień temu potwornie się pokłócili i chciał wracać do Polski, zostawić to wszystko, zostawić narzeczoną i uciec. Został. Zapytałam go (nie znam go dobrze, ale widzę, że mogę mówić otwarcie) co, jeśli to błąd? Powiedziałam mu, że jego uzasadnienie decyzji o ślubie z Katriną mnie nie przekonało. On na to, że jeśli po ślubie nie będzie dobrze, nie będzie normalnie, to sie rozstaną. Ja wiem, rozumiem, sama też powtarzałam i powtarzam Kocurowi, że zawsze można się rozstać, ale zakładani takiej możliwości, bardzo realnej możliwości, na dwa tygodnie przed wielkim dniem?... W dodatku będąc u nas Max poznał moją koleżankę Basię i teraz ciągle o niej gada, pyta o nią. Zrobiła na nim ogromne wrażenie, zapomnieć  nie może, a widzieli się może z godzinę, w dodatku Basia starała się go ignorować, bo nawijał jej,a ona chciała posłuchać jak opowiadam o porodzie (przyjechała z Paulą zobaczyć Zosię, kilka tygodni po jej narodzinach). Tu Basia, a tu ślub z Katriną. Niech im się ułoży... Albo niech tego ślubu nie będzie. Zaprosili nas, ale nie sądzę, żeby było nas teraz stać na bilety na Kretę za dwa tygodnie... Ślub na pewno będzie piękny. Ob reszta mimo wszystko również okazała się ładna.

Położę się chyba na trochę, żebym była przytomna jak będę odwoziła Pawła i jutro. Chociaż i tak szanse na to są niewielkie... Dobrej nocy! 

środa, 23 kwietnia 2008

Po pierwsze A z synem się wyprowadzili. Nie, nie do wyremontowanego domku, ale wyprowadzili się w ogóle. Fakt, nie robi się tak, nie umawia się na wynajem, a potem nie wyprowadza się z dnia na dzień. Ale nam ulżyło, bo mieszkanie razem pokazało, że luźna znajomość z pracy nie musi sie koniecznie sprawdzić na codzień. Tyle było drobiazgów, które zebrane razem doprowadzały do szału... Nie wiem, może A myślała, że skoro ja siedzę w domu z małą, to chętnie będę po wszystkich sprzątała... że "czuj się jak u siebie" oznacza też paradowanie w nazbyt obcisłych ubiorach przed moim mężem... że jak się komuś coś wypiło/zjadło, to tego już nie ma i tyle, po co odkupić? Narzekam, narzekam, ale już po kłopocie! Jestem świadoma tego, że pewnie oni również mogliby nam coś zarzucić. W każdym razie znaleźli coś większego za mniejsze pieniądze, w dodatku blisko morza, więc się przeprowadzili. Niech im się dobrze mieszka, szczerze. My możemy teraz wynająć domek za więcej, niż mieliśmy brać od nich. Dałam ogłoszenie i jest już kilku zainteresowanych. A ogłoszenie bez zdjęć jeszcze. Atutem tego domku jest pełna prywatność - oddzielne wejście, będzie nas łączyło tylko podwórko. Remont już prawie, juz tuż tuż. Miesięczne opóźnienie, cholera jasna... Ale już niedługo.

Między mną i Kocurem było ostatnio źle. Ciągłe sprzeczki, napięcia, obrażanie się, podenerwowanie... I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieniło – znów jesteśmy dla siebie czuli, ciepli, rozmawiamy, przytulamy się, niemal jak na początku związki. W niedzielę znajomu przywieźli film z ich wesela, my pokazaliśmy im fragmenty naszego. W pewnym momencie spojrzałam na Kocura, a on był naprawdę wzruszony! Patrzyliśmy na siebie sprzed prawie trzech lat, kiedy w kościele przyrzekaliśmy sobie miłość i wierność oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci, trzymaliśmy się za ręce... I ten mój duży facet patrząc na to teraz, wzruszył się. Hmm... I jak go nie kochać?

Zosieńka miała trzy gorsze dni - marudziła, płakała, w nocy często się budziła. Alergia, a właściwie atopowe zapalenie skóry, bo na to choruje nasza mała, znów się uaktywniła i swędział ją brzuszek i plecki. Na szczęście maść od pani doktor szybko przyniosła ulgę. W niedzielę byliśmy na wizycie kontrolnej. Trochę się martwię, bo po okresie szybkiego przybierania na wadze mała stanęła teraz na 5 kg i tak stoi. Pani doktor kazała zważyć za dwa tygodnie i jeśli nie przybędzie jej 300 g to trzeba będzie maleństwo dokarmiać. Rośnij skarbie, rośnij! Mimo to, jest bardzo silna. Wczoraj na szczepieniu miałam przytrzymać jej nóżki i naprawdę miałam problem. Siłaczka nasza mała. Z kolei kiedy stałyśmy w kolejce, Zosia zaczęła podrywać faceta stojącego za nami! Jak słowo daję! Najpierw uśmiech, spojrzenie spod długich rzęs, i nagle „Ojej! Ja się wstydzę!” i chowanie główki za mamę. Za chwilę to samo od nowa. Flirciara mała rośnie :D Przesypia mi pięknie całe noce w swoim łóżeczku, dopiero koło 6 rano chce między mamę i tatę. Przestała też już budzić się jeść w nocy, po kąpieli, a potem dopiero koło 5 nad ranem. W dzień, a szczególnie rano, je częściej. Ech, szczęście moje!

W domu bałagan potworny. Zabieram się za sprzątanie od poniedziałku i zabrać nie mogę. W poniedziałek musiałam iść do centrum handlowego, potem spacer, a potem trzeba było obiad robić. Wczoraj szczepienie, a że pogoda boska, wracałyśmy pieszo (ładnych parę kilometrów! wieczorem posladki mnie bolały :), potem wpadła koleżanka z synkiem, psa trzeba było na spacer wyprowadzić, więc znów cały dzień minął. Dzisiaj odespałam wreszcie poprzednie noce, więc wstałam wcześniej, Zosia jeszcze śpi, więc ogarnęłam siebie i zaraz biorę się za sprzątanie. Aż wstyd kogokolwiek do nas teraz zaprosić!Miłego dnia i mam nadzieję, że u Was równie piękna pogoda, jak tutaj! Lato przyszło! :)   

 

wtorek, 22 kwietnia 2008
niedziela, 13 kwietnia 2008

zapatrzyłam się na lalę.

zupełnie nieostre zdjecie, ale jaka śliczna buzia!

Zosia w wersji zamyślono - zapatrzonej.

hi hi hi

piesek trochę zdziwiony.

taka już jestem silna!!!

sobota, 12 kwietnia 2008

W codzienności trudno czasami docenić to, co się ma. Ciągły stres, zmęczenie, drobne lub większe problemy i wydaje się, że to życie takie nie takie jak powinno być. Dopiero kiedy spotkamy nieszczęście - albo sami, albo na szczęście nieszczęście innych, dopiero wtedy lepiej doceniamy to, co mamy.

Znajomy, nazwijmy go X. Straszny pechowiec, jeśli chodzi o kobiety, związki. A może nie tyle pechowiec, tylko źle wybiera. Sam dobry człowiek, a może raczej Dobry Człowiek, uczynny, cieply, dbający. W dodatku przystojny, żeby nie było. Poznał ją, nazwijmy ją Y. Okazało się, że Y jest biseksualna i od czasu do czasu spotyka się ze swoją "przyjaciółką". X zdezorientowany. Nie wiem jak to się stało, że w końcu zamieszkali razem, ale stało się. Są ze sobą. Jakoś przełyka jej spotkania z "przyjaciółką". Kłócą się, kto się nie kłóci, jednak w ich związku więcej powodów do kłotni niż standardowo. I nagle dochodzi jeszcze jeden: ona jest chyba w ciąży. Wymyśla więc sobie, że wyprowadzi się do rodziców, tam poszuka pracy, a on ma się zrzec praw rodzicielskich. Kiedy robią test, okazuje się, że... nie, to nie jest dobre zakończenie bajki - ona jest w ciąży i postanawia usunąć. Nie wiem jaki jest stosunek X, ale nie sądzę, żeby tego chciał. Nie oceniam, nie mi oceniać, nie po to o tym piszę.  

Znajoma, powiedzmy A. Byli z - nazwijmy go B, kilka lat, mają cudownego 2-letniego synka. Kilka miesięcy temu wzięli kredyt na mieszkanie, ładnie je urządzili, byliśmy na parapetówce, potem na jakiejś innej imprezie. Kilka dni temu A zadzwoniła zapytać co u nas, pogadałyśmy chwilę i w ostatniej chwili (musiała kończć, bo jej szefowa przyszła) zapytałam co u nich. Odpowiedziała, że nie w porządku, ale nie zdążyła powiedzieć o co chodzi. W czwartek byliśmy w pobliżu (szczerze mówiąc to po prostu źle skręciliśmy i wylądowaliśmy w ich sąsiedztwie), więc postanowiliśmy ich odwiedzić. B wyprowadził się już w marcu, zostawił ją z dzieckiem, kredytem na dom, zabrał internet, kablówkę, ma zabrać też telewizor. Łaskawie płaci jej za opiekunkę do dziecka, ale to tyle. Jeżeli od jej zarobków odliczyć kredyt na dom tutaj, kredyt na dom w Polsce, który też wzięli jakiś czas temu do spółki z jej rodzicami i rachunki, to na życie nie zostaje praktycznie nic. O ile w ogóle starczy na rachunki... B nie daje jej nic ponad pieniądze na opiekunkę, nawet na pampersy dla synka.

Wracalismy od niej i pomyslałam sobie: kurczę, mogę narzekać na Kocura, daleko mu do ideału, ale jesteśmy razem, przeszlismy już i lepsze i gorsze okresy, po deszcze zawsze wychodzi słońce. My to jednak mamy szczęście - mamy Zosię, dom, psa, mamy siebie...

wtorek, 08 kwietnia 2008

Chcę, żeby ten remont skończył się jak najprędzej, więc sama też w miarę możliwości robię ile mogę. Po kilku dniach naprawdę paskudnej pogody (nawet śnieg i gra, czego zimą nie mieliśmy), dzis na dwie godziny wyszło słońce i naprawdę ciepło grzało. Zapakowałam więc Zosię do wózka, a sama wskoczyłam w robocze ciuchy i wzięłam się za malowanie. Od A nie usłyszałam nawet propozycji pomocy, zresztą nie dziwię się - powiedziała wczoraj, że dobrze jej tak u nas i może tak mieszkać dopóki my jej nie wyrzucimy. Nie chodzi o to, że spodziewam się pomocy - to my będziemy wynajmować ten domek i to my musimy zadbać, żeby byl wykończony, ale wcześniej taką pomoc oferowała. Na razie skończyło się na tym, że w niedzielę najpierw postała i popatrzyła, jak ja maluję, potem trochę sama malowała, a potem poszła na godzinę do wanny i zrobić obiad. Ech, paskudna jestem! Obgaduję! Fuj! Ale naprawdę jestem zmęczona i w dodatku widzę, że oni mają duże oczekiwania, a my z niektórych rzeczy musimy zrezygnować, bo już i tak dawno przekroczyliśmy budżet remontowy. Niech to się skończy, niech znów zapanuje ład i porządek w moim domu, niech mam święty spokój i swobodę we własnym domu.

Natomiast mój problem - spać z dzieckiem czy nie został rozwiązany. Zosia pięknie śpi we własnym łóżeczku,
po kąpieli i karmieniu kładę ją do łóżeczka, posiedzę przy niej chwilę i zasypia. Właściwie to nawet siedzieć przy niej nie muszę, bo sama zasypia, ale lubię patrzeć na nią kiedy kleją się jej oczka. W nocy karmię ją w bujanym fotelu, zmieniam pieluszkę i znów do łóżeczka. Nie marudzi. Wczoraj miała taki dziwny dzień, bardzo niespokojna była, w nocy podobnie. Dziś za to spałaby przez cały dzień, ale bałam się, że w nocy nie będzie spała, więc zabawiałam ją ile się dało. Teraz cisza i spokój, Kocur poszedł pod prysznic, ja przez chwilę siedzę przy komputerze.

Coraz lepiej, coraz pewniej czuję się jako matka. Mam więcej cierpliwość niż na początku, 
czuję się pewnie we wszystkim, co robię. Coraz sprawniej też idzie mi zajmowanie się domem, wszystkie domowe obowiązki, spacery, znajduję czas dla siebie (albo wykłócam się o niego z Kocurem ;). Wszystko w swoim czasie, jak widać. Na wszystko przychodzi odpowiedni czas. 

Czy ktoś zna sposób na przyspieszenie czasu? To ja poproszę, żeby ten tydzien już się skończył... Remont domku trwa, to już drugi miesiąc. I wprawdzie widać już koniec, ale zostało jeszcze trochę pracy do zrobienia. A z synem musieli się wyprowadzić z poprzedniego miejsca, a my obiecaliśmy, że będa już mogli wprowadzić się do domku, więc na razie zatrzymali się u nas. Jest to trochę krępujące zarówno dla nas, jak i dla nich, chociaż dla nas chyba bardziej. A powiedziała ostatnio, że teraz jej się już nie spieszy - zajęła naszą sypialnię, jej syn pokój z komputerem, więc nie jest źle. My śpimy w pokoju z małą. I może nie byłoby tak źle...

Znam A z pracy, nie powiem żebyśmy się przyjaźniły, ale lubimy się. Jednak jest powiedzenie: "chcesz znienawidzić swojego przyjaciela - zamieszkaj z nim". Ja skrępowana opóźnieniem i utrudnieniami, od początku starałam się stworzyć im jak najlepsze warunki na te kilka dni u nas. Ustaliłyśmy, że mają czuć się jak domownicy, nie jak goście. Zresztą wcale nie mam ochoty sprzątać po wszystkich i wszystkim usługiwać, więc to rozsądne rozwiązanie. Jednak kiedy "czuć się jak domownicy" przerodziło się w korzystanie z naszej lodówki i jej zawwartości, wypijanie naszych napojów itd., zdenerwowałam się. Rozumiem, że są spłukani, ale my też. Rozumiem, że zrobiłam duże zakupy w sobotę, ale zrobiłam je na tydzień licząc np. że 8 jabłek (z owoców mogę jeść tylko jabłka i banany) starczy mi na tydzień. Zdążyłam zjeść 2 jabłka i schować trzecie. Dżem - to moje śniadanie, tosty z dżemem (niewiele innych rzeczy mogę jeść), owszem może się poczęstować, zrobić sobie kanapkę, ale jeśli za chwilę słyszę, że "Agnieszka nie pogniewa się jak jeszcze P (jej syn) zrobi sobie kanapki", to połowy dżemu już nie ma. Kocur z kolei zdenerwował się bo primo: zapytała, czy może sobie zrobić drinka i wypiła mu do końca rum, tak że na drinka dla niego nie starczyło, secundo: zapaliła wczoraj trawkę, niby na dworze, ale drzwi były uchylone i śmierdziało w całym domu, a Kocur nienawidzi trawki. Niezdrowa sytuacja, oj niezdrowa. Wczoraj porozmawiałam z nią i ustaliłyśmy, że jedzenie mamy oddzielnie, rzeczy odkładamy na miejsce itd. Szkoda tylko, że A nie wpadła na pomysł, żeby odkupić przynajmniej część rzeczy, które zjedli bądź zużyli (np. ze dwie butelki coca - coli, moje nieszczęśne jabłka), byłby to fajny gest. Ale trudno. Mam tylko nadzieję, że teraz już będzie trzymać się ustaleń. A najbardziej liczę na to, że remont skończy się lada dzień i wyprowadzą się od nas. Będzie nas dzieliło podwórko i to już wystarczy.

Ech, odzwyczaiłam się od mieszkania z kimś. A szczególnie teraz, kiedy jest Zosia - mój dom, moja twierdza
Poza tym dziwnie się czuję z trochę obcą, jakby nie było, kobietą w domu. To jest mój dom, moja rodzina. 
Tak sobie myślę czasami, że chyba obudziła się we mnie lwica. Sądzę, że gdyby zaszła taka potrzeba, 
broniłabym mojej rodziny pazurami.  

 
1 , 2