Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
czwartek, 26 marca 2009

A to ja, kiedy miałam roczek i dwa latka. I niech mi ktoś powie, że Zosia bardziej do Kocura podobna! :)

Jak roczne dziecko byłam dosyć okrąglutka... :)

Jako dwuletnia dziewczynka już lepiej :) I teraz właśnie Zosia wygląda bardzo podobnie, tylko ładniejsza :) Przynajmniej według mnie :)

Z Tatą :) Przez te lata nie zmienił się aż tak bardzo :) Nadal przystojny :)

I z Mamą :) Ostatnio kolega myślał, że na tym zdjęciu moja mama to ja, a ja to Zosia :)

A na takie porównanie mnie naszło chyba ze względu na urodziny :) To już 30-te, okrągłe. A ja z każdym dniem czuję się coraz lepiej - coraz mniej niewiadomych w moim życiu, coraz więcej rzeczy układa się, tak sobie to wymarzyłam :) Mam cudowną córeczkę, druga rośnie we mnie zdrowo i powinna pojawić się na świecie za jakieś 2 miesiące, mam kochanego męża, psa, własny dom, stabilną pracę. Mam wspaniałą, cieplą rodzinę, fantastycznych przyjaciół, grono znajomych. Jestem szczęśliwą kobietą. Nie ma więc powodów, żeby "łapać doła" w swoje urodziny, mimo, że minął kolejny rok mojego życia. Kolejny dobry rok mojego życia :)

środa, 25 marca 2009

Mam trochę czasu, to się bawię. Efekty zabawy są takie:

Modelka.

Ale fajnie! :)

wtorek, 24 marca 2009

Tak na 90% będzie miało na imię nasze drugie dziecko :) Wróciliśmy właśnie z USG. Tym razem maleństwo nie zasłaniało się aż tak bardzo. Jest duże, silne i zdrowe, a to najważniejsze. Wszystko wygląda w porządku. To mniej więcej 30-ty tydzień, więc coraz bliżej do rozwiązania. No i Zosia będzie miała siostrzyczkę :) Cieszymy się, że maleństwo jest zdrowe. Czy chcieliśmy chłopca? Niby tak, bo "fajnie jest mieć parkę", ale tak naprawdę nie nastawialiśmy się specjalnie ani na chłopca, ani na dziewczynkę. I będzie Marysia. Marie. Prawda, że ślicznie?

Ja do końca tygodnia na zwolnieniu. Byłam dziś u lekarza, powiedziała, że dziwnie się czuję, jakbym miała skoki ciśnienia, a ciśnienie przy każdym pomiarze idealne. Mam dziwne zawroty głowy i potworną ciężkość w rękach, niemal nie mogę ich podnieść do góry. Mam nadzieję, że tydzień wolnego pozwoli mi odpocząć i będę się lepiej czuła. Dzisiaj dzień leniucha: obiad ugotowałam już wczoraj, żadnego sprzątania, nic, tylko relaks.

Miłego dnia Wam życzę! :)  

poniedziałek, 23 marca 2009

Pojawiły się już na naszej klasie, ale Wam się jeszcze nie chwaliłam, jak nam ta Zosieńka rośnie pięknie :)

Taka zalotnica niebieska jestem :)

Sama już wędruję! Przeważnie w kierunku przeciwnym, niż rodzice :)

Zosia i złamana ręka taty :)

Mama w takie pozycji nie wygląda jak ciężarówka. Niestety tylko w takiej pozycji...

Podoba mi się ta niezależność. Spróbujcie mnie potem do wózka wsadzić!

piątek, 20 marca 2009

Za oknem słońce, wiosna, ptaki śpiewają. Zrobiłam sobie kilka dni wolnego (dziś dzień pierwszy), żeby odpocząć, wykorzystam ten czas na małe porządki, ale głównie właśnie, żeby odpocząć.

Oglądałam dziś Dzień Dobry TVN i mówili tam o stronie www.jakelvis.pl z karaoke. Od godziny siedzę i pękam ze śmiechu. Nie, nie śmieję się z innych, tylko sama nagrywam. Polecam! Jeśli chcecie się pobawić, pośmiać, to zapraszam. W następną sobotę moja impreza urodzinowa (to już 30 lat mi stuknie w czwartek), więc karaoke będzie jak znalazł. Mam tylko nadzieję, że goście przyłączą się do zabawy :) Ale fajnie! :)

czwartek, 12 marca 2009

Jak w jednej notce streścić to, co działo się przez ostatnie dwa czy trzy tygodnie? Szczególnie, że nie były to spokojne, normalne tygodnie? A jeśli dodam do tego jeszcze i to, że spałam dziś może 4 godziny i ledwo widzę literki przez szparki oczu, to obraz będzie prawie kompletny. Nic to, spróbuję!

Zacznę od domku i Marcina. Marcin i Paulina juz u nas nie mieszkają. Niestety rozstawaliśmy się w niezbyt przyjemnej atmosferze, niemal w asyście policji... Zaczęlo się w poniedziałek dwa tygodnie temu, wieczorem. Marcin przyszedł z pretensjami, że nie działa mu internet. Problem byl z jego komputerem, my nic nie zmienialiśmy w ustaweniach, a poza tym to on jest podobno specjalistą od komputerów. Od słowa do słowa wywiązała się tzw. "pyskówka" między nim i Kocurem. Niestety Marcin nie potrafił zapanować nad swoim językiem i zaczął Kocurowi grozić. Na szczęście na słownych groźbach się skończyło. Jednak w związku z groźbami Marcina pod adresem innego naszego znajomego, szczególnie że ktoś wybił temu znajomemu okno w samochodzie, nie zginęło nic, tylko została wybita szyba, postanowiłam nie czekać bezczynnie i zgłosić sprawę na policję (gardę). We wtorek popołudniu pojechałam zgłosić to na posterunku. Sprawy typowo między wynajmującym i właścicielem nie leżą w gestii policji, ale groźby są już karalne. W dodatku policjantowi zrobiło się chyba mnie żal i obiecał się zająć całą sprawą. Dlaczego nie chciałam, żeby Kocur się tym zajął? Nie wiem, czy w pewnym momencie nie doszłoby do rękoczynów, bo Marcin należy do takich małych kogucików, co to lubią podskakiwać do innych z wypiętą klatką piersiową. We wtorek wieczorem Marcin przyszedł do nas, strasząc nas sprawą w sądzie, zapowiadając, że nigdzie się nie wyprowadzą i że nie zamierza regulować należności (m.in. rachunku za prąd). W środę rano pojawiło się trzech policjantów (hmm... widok trzech przystojnych panów w mundurach, z samego rana, podziałał kojąco na moje skołatane nerwy...:). Odwiedzili Marcina i zapowiedzieli, że jeśli się nie wyprowadzi, to oni bardzo utrudnią mu życie. Co zresztą nie byłoby takie trudne, ponieważ A. Marcin zalega z karą za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, B. jeździ motorem i samochodem bez prawa jazdy, C. prawdopodobnie ma na swoim koncie jeszcze inne przewiznienia, o których policjanci nie mogli mi powiedzieć, ale podkreśli, że przejrzeli dokładnie jego kartotekę i już wiedzą o nim wszystko. W każdym razie po ich wyjściu Marcin popukał się w naszym kierunku sugestywnie w głowę, ale zmienił ton. Wyprowadzili się w czwartek, resztę swoich rzeczy zabrali w piętek. Ale żeby nie było, że wszystko poszło tak łatwo, to pieniędzy nadal nie dostaliśmy, rachunek za prąd jest płatny jutro. Nie oddali jeszcze do tej pory jednego klucza (chyba rozstali się w Pauliną i Marcin oddał swój klucz, a ona swojego nie). Jednak na strychu mamy sprzęt Marcina do nurkowania, który potraktowaliśmy jako depozyt (normalnego depozytu nigdy nam nie zapłacił, bo nigdy nie mial pieniędzy). O to również była awantura, ale udało się jakoś uspokoić nerwy. Czekamy teraz na rozliczenie, powinnien też naprawić pewne zniszczenia w domku, których dokonał, a dopiero wtedy odzyska sprzęt. Niestety jemu nie zależy na czasie tak bardzo, jak my potrzebujemy pieniędzy, więc będzie to przeciągał. I tu niewiele możemy zrobić :(

Cały ubiegły tydzień był dla mnie koszmarny. Potworny stres, który zaczął ze mnie schodzić w sobotę, ale w tak nieprzyjemny sposób, że nie miała siły ruszyć ani ręką, ani nogą. Byłam sama z Zosią w domu, Kocur w pracy, nie byłam w stanie kompletnie nic posprzatać, ani nawet pobawić się z maleńką. Straszne wyrzuty sumienia miałam, ale naprawdę nic nie mogłam z tym zrobić.

W niedzielę z Kocura i mnie zeszło napięcie, co doprowadziło do potwornej awantury. W dodatku w tych emocjach Kocur przejechał się na dywaniku w korytarzu (ja nie przykładałam do tego ręki!), co skończyło się złamaną ręką. Fantastyczny tydzień. Do skończenia miał jedną pracę, dzisiaj dopiero wziął znajomego, który zrobił to za niego, ale Kocur musi mu zpałacić pieniądze, które sam miał zarobić. Poniedziałkowy wieczór spędziliśmy na pogotowiu (od niedzieli wieczorem, przez cały poniedziałek, Kocur upierał się, że nic mu nie jest i wystarczy bandaż elastyczny). W sumie podobno poszło szybko, zwykle siedzi się tam kilka godzin, my byliśmy około trzech. Zdjęcie, stwierdzenie złamania, gips. Jutro wizyta kontrolna u lekarz i może drugi gips. Zobaczymy. Ręka go boli, pracować nie może, jeśli już i tak martwił się o pieniądze, to teraz martwi się jeszcze bardziej.

Powoli dochodzę do siebie. Zmęczona jestem, w dodatku przesilienie wiosenne, więc mogłabym ciągle spać. Brzuch coraz większy, cięższy, twardy, małe rozpycha się i kopie. W poniedziałek miałam też wizytę kontrolną, wszystkie wyniki idealne, brzuszek też, więc wszystko wskazuje na to, że dziecko pięknie i zdrowo się rozwija. To już 29-ty tydzień, jak ten czas leci! Za 10 tygodni rozpocznę macierzyński, może uda mi się trochę odpocząć, zanim nasza rodzina znów się powiększy. Zosia w żłobku radzi sobie coraz lepiej, wczoraj nawet w ogóle nie płakała, kiedy ją rano zostawialiśmy. Dała nam buzi, pomachała i poszła się bawić. Opiekunki są nią zachwycone, trochę ją rozpieszczają chyba, bo taka radosna (chodzi i chichocze sobie), taka śliczna, taka słodka. Je olbrzymie ilości, a nie jest w ogóle gruba, dzisiaj nawet dyrektorka śmiała się, że nie wie gdzie to wszystko się mieści. Niestety ciągle ma katar i kaszel, co ją wyleczymy, mija kilka dni i znów to samo. Już nie wiem co robić :( Jednak oprócz tego wszystko jest super.

Pod górkę u nas często, ciekawe życie mamy, nie zawsze pozytywnie ciekawe. Wiele się dzieje, kolejny ciężki okres przechodzimy, głównie jeśli chodzi o pracę Kocura i finanse. A jednak to codziennie wstaję i mam siły, żeby brać się z życiem za barki. Sama nie wiem skąd we mnie tyle nergii i optymizmu. Tłumaczę Kocurowi, że dopóki mamy siebie, dopóki Zosia jest zdrowa i jest przecież tak cudownym dzieckiem, to mamy to, co najważniejsze. Cała reszta przyjdzie sama. Mamy dach nad głową, ja mam pewną, stabilną pracę, Kocur też co i rusz coś dostaje. A jeśli jesteśmy razem, to nic nas nie zniszczy. I choć brzmi to patetycznie, to tak jest naprawdę. Pomimo regularnych burz i załamań pogody w naszym związku.

niedziela, 01 marca 2009

Byliśmy dziś na drugich urodzinach małego Nataniela. Pełno dorosłych, pełno dzieci, tumult i rozgardiasz, przyjemnie bardzo :) Zosia w tym wszystkim taka malutka! W różowej sukience i tramkach w trupie czaszki :) Zastanawialiśmy się jak się odnajdzie w nieznanym otoczeniu, wśród nieznajomych, a nasza córeczka poradziła sobie koncertowo. Po pierwszych chwilach niepewności i nieśmiałości, zaczęła bawić się z innymi dziećmi, zaczepiać panów i obmacywać kolana jednej pani. Głaskała koty, zachwycona nowymi zwierzątkami, tak innymi od Piper. Nawet podniosła jednego kota za ogon :) Zdziwiony był trochę, ale zniósł to z godnością :) Zosia pięknie dzieliła się zabawkami, jeżdziła sobie samochodzikami robiąc "brrr...!", mrugała do panów. Nie boi się, nie wstydzi ludzi, ale też nie rzuca się na nich bez zastanowienia. No i grzeczna jest bardzo. Jedyny wyjątek chyba to stawanie na głowie (dosłownie) dziś w kościele na mszy... To jedno z jej ulubionych ćwiczeń ostatnio :)

Jutro powrót do żłobka... Przez ostatni tydzień była bardzo przeziębiona, męczył ją katar i kaszel. Na szczęście obyło się bez antybiotyków, ale nie obyło się bez zarwanych nocy... Ostatnie dwie noce Zosia przesypia już spokojnie do rana w swoim łóżeczku. My też zaczęliśmy się wysypiać. Ja zostałam w nią w domu w poniedziałek i czwartek, Kocur w pozostałe dni. Jutro oboje jedziemy do pracy, a mała znów do żłobka. Ciężko pewnie będzie, aż się boję. Trochę się odzwyczaiła przez ten tydzień i będzie musiała się na nowo przestawić... No cóż, nie mamy innego wyjścia niestety :(

No dobrze, teraz może jakiś film, albo kąpiel z maseczką na twarzy i dobrą lekturą. Albo jedno i drugie :) Jutro zacznie się kolejny ciężki tydzień... Miłej nocy!