Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
piątek, 28 marca 2008

Można to pewnie zauważyć po ilości wpisów ostatnio, a także po ich treści. Jakoś tak... po prostu nic nie przychodzi do głowy, nie czuję tej chęci napisania czegoś. Za to kupiłam dziś piękny pamiętnik i może wrócę do papierowej wersji? W końcu taki pamiętnik pisałam chyba ponad 15 lat i przestałam dopiero kiedy przyjechaliśmy tutaj (swoją droga ciekawe dlaczego?...).

Kupiłam dziś maleńkiej kolejne zabawki - kolorowe, z róznych materiałów, z ukrytymi niespodziankami - a to coś szeleszczącego, a to coś błyszczącego, jakaś grzechotka, coś przyjemnego w dotyku. Kupiłam jej też pozutywkę i projektor w jednym - sprytne urządzenie wygrywa przyjemną muzyczkę, a do tego rzuca na sufit poruszające się powoli kolorowe obrazki. Obrazki poruszają się powoli, w ciemnym pokoju robi to świetne wrażenie. Maleńka leży i patrzy, po czym zasypia. Tzn. zasnęła szybko po kąpieli i karmieniu, ale niestety obudziła się i jest trochę niespokojna. Teraz tata siedzi przy niej i prubuje ją uśpić. O! Już uśpił! Jak on to robi?? W każdym razie ten wynalazek, który przyczepia się do łóżeczka jest fantastyczny! W dodatku kiedy skończy się muzyczka, a po jakimś czasie maleńka zacznie płakać, włącza się samo znowu. Sprytne!

Podobnie sprytna jest Zosia. Po pierwsze opracowała metodę przewracania się na bok - wyciąga nóżki do góry wyprostowane i używając ich jak dźwigni przechyla je na bok, a za nóżkami przechyla się całe ciało. Raz nawet udało jej się przeturlać na brzuszek. Zresztą bardzo lubi leżeć na brzuszku. Rozwija nam się nasze maleństwo błyskawicznie.

No i to chyba na tyle dzisiejszego wieczora. Zmęczona jestem, senna, pogoda się popsuła i od razu człowiek najchętniej zakopałby się pod kołdrę... Mam nadzieję, że Zosia pośpi teraz ładnie, nakarmię ją jeszcze koło północy i spróbujemy dziś zostawić ją na noc w łóżeczku, w jej pokoju. Zobaczymy. Dobranoc.   

czwartek, 27 marca 2008

Zwykle nie wstaję o tej porze - czujny sen w nocy, karmienie, zmienianie pieluszki, więc potem rano leniuchuję do 10 lub 11. Dzisiaj jednak Zosia rozbudziła się już po 8, roześmiana, głodna oczywiście, a za oknem słońce, ptaki śpiewały - jak tu spać? Trochę sobie porozmawiałyśmy, trochę się pośmiałyśmy, pobawiłyśmy się nawet trochę, a teraz Zosia znowu śpi, a ja postaram się wcześniej niż zwykle ogarnąć (czyli prysznic i śniadanie).

Wczoraj Ola zrobiła mi taką niespodziankę! Zosia męczyła się z brzuszkiem, więc ja w pidżamie,kompletnie nieprzygotowana, a tu dzwonek do drzwi. Myślę sobie "listonosz!", bo czekam na przesyłkę z Polski od mamy, a tutaj Ola! Pamiętała o moich urodzinach, przyjechała i została prawie cały dzień, co było dla mnie najpiękniejszym prezentem. Kartka z życzeniami, pięknymi serdecznymi życzeniami i torebka (Ola dobrze zna moją miłość do torebek...) były dopełnieniem. Spędziłyśmy razem prawie cały dzień, odwiozłam ją do domu dopiero kiedy Kocur wrócił z pracy. Poszłyśmy na spacer (2 godziny, bo piękne słońce było), pogadałyśmy po babsku (na różne tematy... hmmm...), ale fajnie było!  W sobotę my jedziemy do Oli, bo robi imprezę urodzinową. Z Zosią pojedziemy, więc nie posiedzimy długo, ale na pewno będzie miło :)

Za oknem piękne wiosenne słońce, aż chce się żyć.  W domu jasno, radośnie. Pójdziemy dziś znów na spacer (oby tylko powiedzenie "Nie podoba ci się pogoda? To poczekaj 5 minut, zmieni się" się nie sprawdziło...), Zosia nałapie świeżego powietrza, pies się wyszaleje, ja się poruszam. W domu muszę tylko odkurzyć a potem obiad ugotować, więc spokojny dzień przede mną. Wiosenny bardzo :) Takiego samego i Wam życzę :)

środa, 26 marca 2008

Dzień jak co dzień. Wstałam, przywitałam się z Zosieńką (codzienna poranna porcja uśmiechów), pobawiłyśmy się trochę, poćwiczyłyśmy. Teraz kawa i namastka śniadania (trudno nazwać śniadaniem to, co wolno mi jeść...), zaraz prysznic i pójdziemy na spacerek. Pogoda nawet znośna, trzeba korzystać. Szczególnie, że pies musi się wyszaleć trochę, wczoraj nie była na spacerze.

Rok temu, kiedy siedzieliśmy w restauracji, gdzie zabrał mnie Kocur, zaptał, czy nie czuję się źle - kolejne urodziny, kolejny rok życia za mną. On zawsze ma doła w swoje urodziny. Ja wręcz przeciwnie - co roku czuję się dojrzalsza, coraz mniej niewiadomych w moim życiu, coraz więcej spraw, rzeczy układa się tak, jak sobie tego życzę. O sobie samej też wiem coraz więcej, coraz lepiej siebie rozumiem (choć też nie do końca ;). Teraz jeszcze dostałam najpiękniejszy prezent: Zosię. Moje życie nabrało sensu. Nie to, żeby nie miało sensu wcześniej, ale teraz jest pełniejsze, piękniejsze.

Niedawno przez koleżankę poznaliśmy Kubę - właściwie pojawił się tak znikąd, przyjechał kiedyś z nią. W trakcie rozmowy okazało się, że jest mechanikiem samochodowym, a my byliśmy przed przeglądem samochodu. Kuba od razu zaoferował pomoc, potem jeszcze pomógł nam ze zderzakiem (ślady po mojej przygodzie z samochodem sąsiadów jakiś czas temu). Pomógł tak zupełnie bezinteresownie, nie chciał żadnych pieniędzy, prawie obcy człowiek. Zadzwonił nagle wczoraj i poprosił o pomoc. Musiał kupić bilet lotniczy na dzisiaj do Polski, można to zrobić za pomocą karty kredytowej, a sam jej nie ma. Niestety nasza karta zadłużona prawie maksymalnie, ale zadzwoniłam do znajomych i w końcu Baśka powiedziała, że nie ma problemu. Bilet kupiony, Kuba leci dziś do Polski. Jego żona i dzecko i mieli wypadek samochodowy, są w szpitalu, Kuba musi oddać krew, pozałatwiać jakieś formalności. Chłopak jest w strasznym stanie, roztrzęsiony, smutny, nic dziwnego. Cieszę się, że choć tak mogliśmy pomóc, cieszę się, że Baśka ot tak się zgodziła. Mam nadzieję, że jego żona i dziecko szybko dojdą do siebie...

wtorek, 25 marca 2008

Zosia rośnie niewiarygodnie, od urodzenia przybrała już ponad 2 kg. Śpioszki, w których na początku ginęła, są już na nią dobre. Oprócz tego zmienia jej się buźka - robi się jeszcze śliczniejsza :) Nasz rozkład dnia, zabawy, reakcje Zosi, nauka, poznawanie - to niesamowite jak szybko wszystko się zmienia albo normuje. Wczoraj wieczorem patrzyłam na nią kiedy zasypiała i pomyślałam sobie, że to aż niewiarygodne, że taki skarb powstał z 1,64 cm maleństwa, kiedy zobaczyliśmy ją po raz pierwszy na USG. Trudno w to uwierzyć...

Ostatnio znowu bawimy się aparatem, trochę ja, trochę Kocur. Oto efekty:

usmiechy

Ja mam już cała gamę uśmiechów na różne okazje :)

oczka

Prawda jak mi ładnie w zielonym?

w czerwonym

w czerwonym też mi ładnie :)

na lulaku

Tutaj ostatnio sobie siedzę i rozglądam się dookoła. A potem zasypiam...

z mamą i tatą

U mamy na rękach z tatą w tle.

sobota, 22 marca 2008

Wszystkim razem i każdemu z osobna radosnych, kolorowych i zdrowych świąt. Mokrego Dyngusa i fajnych prezentów od Zajączka (czy tego, kto je Wam przynosi :).

Aga, Kocur i Zosia

wtorek, 18 marca 2008

Za oknem słońce, chyba ciepło (jeszcze nie wyściubiłam nosa z domu), trzeba zrobić coś konstruktywnego - pójść na spacer, posprzątać (cały długi weekend się leniłam, teraz trzeba zacząć w końcu porządki przedświąteczne), poczytać książkę. Nie chce mi się dzisiaj pisać...

Mała ma alergię, trudno ustalic przyczynę, więc jestem na diecie eliminujacej - generalnie muszę wyeliminować wszystko prawie, co do tej pory jadłam, bo akurat prawie wszystko z tych rzeczy może być alergenem. Przechodzę więc m.in. na mleko ryżowe, ble! Trudno, nie ma co marudzić, jeśli to pomoże maleńkiej, to przeżyję :) Nawet bez mojej ukochanej czekolady :) A przy okazji pewnie schudnę, więc nie ma tego złego...

Wczoraj przyjechała koleżanka z pracy i przywiozła całą górę prezentów ("bo dla małych dzieci to się nie można powstrzymać!"). Zosieńka dostała więc sukienkę na lato, sweterek, sukienkę jeansową, bluzeczkę i buciki, do tego prosto od Dysney'a cały komplecik body, spodenki, bluzeczkę, czapeczkę, śliniaczek i nawet małego Kubusia Puchatka (wczoraj jak włożyłam jej go w łapki, od razu zamknęła oczy, jest delikatny i mięciutki). Ja dostałam komplet kosmetyków zrobionych z samych naturalnych składników, a Kocur jajko czekoladowe (on nie je słodyczy w ogóle, ja teraz nie mogę, więc jeśli ktoś ma ochotę... proszę bardzo :). No i dostaliśmy jeszcze czekoladowe zajączki na święta. Oszalała. To nie pierwsze prezenty od niej. Kolejna osoba, kolejna Irlandka, która jest dla nas taka dobra i serdeczna (nie chodzi mi w tym momencie o prezenty, ona po prostu jest serdeczna). Mamy szczęście do ludzi.

Zosieńka dostała tyle prezentów od różnych ludzi, że teraz nie muszę właściwie kupować żadnych ubranek, a na miesiące wiosenno -letnie, jak trochę podrośnie, ma już całą garderobę :) Piękne sukieneczki, bluzeczki, buciki, rajstopki... Śliczności :)

I to chyba tyle na dzisiaj. Żadnych "wywodów", żadnych specjalnych zwierzeń, nie mam dziś ochoty. Do roboty!

niedziela, 16 marca 2008

Nad przebieralnikiem, gdzie zmieniamy maleńkiej pieluszki i przebieramy ją, wisi słoneczko - pozytywka. Żółte, jak wiele rzeczy w jej pokoju (to nie był zamierzony efekt, pokój urządzałam gnana impulsem, kupując różne rzeczy, ale w sumie rezultat jest chyba dobry - od wielu osób słyszę, że bardzo spokojny i przytulny jest ten pokoik). Pozytywka wygrywa jedną z najbardziej znanych melodii pozytywkowych (zabijcie mnie, ale nie powiem Wam tytułu, bo nie znam). Za każdym razem, kiedy zmieniam maleńkiej pieluszkę, pociągam za sznurek i melodia uprzyjemnia nam zabiegi kosmetyczne. W pewnej chwili zorientowałam się jednak, że jeśli zapomnę nakręcić (naciągnąć jest bliższe prawdy) pozytywki, to mała leży wyczekująco, patrząc na nią wymownie. A kiedy już muzyczka zacznie grać... O! To wtedy dopiero jest radość: śmieje się cała buzią, dziś nawet krzyknęła sobie, rączki i nóżki wyrzuca i wierzga nimi radośnie. Taki mały człowieczek, a taki mądry :)

 

piątek, 14 marca 2008

Dziękujemy za piękne fotki :)

photo by goldginger

photo by goldginger

photo bygoldginger

czwartek, 13 marca 2008

Chciałabym wszystko robić super: być super mamą dla Zosi, super prowadzić dom (żeby zawsze było czysto, świeżo, pachnąco, dobry obiad na stole, kwiaty w wazonie, zadowolony mąż, pies, ja zadowolona), być super żoną i jeszcze znaleźć czas na własny rozwój, dla siebie, żeby być super kobietą. Supermenka jednym słowem. Nie gnają mnie ku temu żadne nakazy, normy, zwyczaje, wiem, że nie muszę, a jednak CHCIAŁABYM. Kiedy coś nie wychodzi - obiad się nie uda, w domu nieład, albo jak ostatniej nocy tracę cierpliwość przy opiece nad małą, strasznie mi z tym źle. Skąd to się bierze? Czy to nasze matki w nas wszczepiły? Środowisko? A może same sobie tak narzucamy?

Czytałam artykuł nt. ankiety, jaką przeprowadzono wśród Polaków na wyspie. Pytanie było proste - co cię najbardziej negatywnie zaskoczyło w Irlandii? Jak się okazuje nie była to komunikacja miejska (koszmar!!!), formalności urzędowe (koszmar!), ale... kobiety. Panowie Polacy stwierdzili, że nie dość, że Irlandki są brzydkie, co pewnie jeszcze dałoby się znieść (jako kobieta nie powinnam tego pisać, ale to prawda, nie grzeszą urodą i nie potrafią też o siebie zadbać, mam na myśli większość, bo są tu też oczywiście piękne kobiety), ale o pijane, zalane w trupa kobiety, dziewczyny wieczorami w klubach, pubach, głośne, wulgarne i ... "łatwe". Autorem artykułu była kobieta, która próbowała jakoś wytłumaczyć ten "fenomen". Przyznała rację co do ilości spożywanego alkoholu i jego skutków, o urodzie nie pisała zbyt wiele (tutaj nawet bardziej niż na urodzie skupiłabym się na tuszy i niedbalstwie w zabiegach kosmetycznych). Fascynację panów w Irlandii, nie tylko Polaków, moimi krajankami, wytłumaczyła tym, że opiekują się swoimi mężczyznami, że są jak ich mamusie, tylko szczuplejsze, ładniejsze i bardziej sexy. Autorka stwierdziła, że tutaj kobiety już od kilku lat są wyzwolone, wyemancypowane i może za 10 lat w Polsce będzie podobnie. Boże broń!

Czy upijanie się do nieprzytomności, budzenie się następnego dnia rano z kacem i obcym facetem w łóżku to rzeczywiście emancypacja? Nie powiem, że ja byłam święta, jednak cokolwiek robiłam, robiłam to świadomie i starałam się zawsze zachować klasę. A jeśli już dbać o siebie, to dbać porządnie - dbać o linię (chociaż bez przesady, jedzenie to jedna z przyjemności danych nam tu na ziemii), o skórę (nasmarowanie się samoopalaczem w taki sposób, że przód jest ciemno - brązowy, a plecy białe, albo kolana i kostki aż niemal czarne... smugi na nogach, rękach... objedzony do połowy lakier na paznokciach... dwa numery za duże szpilki, które klapią jak klapki na plaży... to nie jest dbanie o siebie!). To również, a może przede wszystkim, dbanie o własny rozwój, żeby móc powiedzieć coś mądrego, poznawać, uczyć się, interesować się czymś (i nie mam tu na myśli plotek z życia gwiazd). Jak w tym wszystkim odnajduje się matka - Polka? 

Ta nowoczesna matka - Polka ma świadomość tego, że nie wszystko będzie super, ale stara się. W tym staraniu się jednak nie zapomina o sobie i w miarę możliwości robi to wszystko, o czym wspomniałam wyżej, ale tak, jak to powinno być zrobione. Jeśli czasem nie ugotuje obiadu? No coż, pizza z piekarnika też nasyci głód. A czasami musimy usiąść z samą sobą i kieliszkiem wina (albo 1/3 kieliszka jak ja teraz) i zająć się sobą i tylko sobą. Chociaż czasami trudno wyłączyć myślenie... I trzeba pamiętać, że jutro kurier po przesyłkę przyjeżdża, więc trzeba wyjąć ją z samochodu, żeby znów z mężem do pracy nie pojechała, żeby przypomnieć mężowi o wystawieniu kosza na śmieci, że kanapki trzeba zrobić do pracy, a jutro posprzątać trochę, acha, i do pana zadzwonić, bo zapomnieliśmy mu za wycenę zapłacić... pewnie o czymś jeszcze zapomniałam, ale przypomnę sobie w odpowiednim momencie.  

Wyzwolona matka - Polka. Czasami cholernie trudno nią być. Wierzę jednak, że można.

Tak chwaliłam Zosię, że pięknie mi w nocy śpi, to musiała pokazać jak to jest mieć w domu małe dziecko i co to znaczy nieprzespana noc... Nie spała do 3 w nocy, nie dając przy okazji spać i mi oczywiście. Był płacz (ale nie taki z bólu, tylko marudzenie zwykłe), krzyki (bo jak się złości, to potwornie krzyczy), wypluwanie smoczka, a nawet rzucanie smoczkiem (bo łapie smoka za uchwyt, wyciąga z buzi i rzuca nim całkiem daleko). Nie miałam już siły ani cierpliwości, pomysłów też mi brakowało. Uspokajała się trochę w moich ramionach, ale jakikolwiek dotyk z łóżkiem budził małego diabełka. Żeby było jeszcze weselej pies ... zrobił kupę, a dokładnie dwie. Dobrze, że zeszłam akurat po coś na dół, to sprzątnęłam od razu. W pewnym momencie i ja w tym wszystkim zaczęłam płakać. Kocur próbował uspokoić i uśpić małą przez chwilę, ale kiedy ja się trochę uspokoiłam, znów ją wzięłam. Usnęła w końcu, kiedy... położyłam ją do jej koszyka, nie z nami w łóżku. Postanowiłam więc (który to już raz?) od dzisiaj powoli przyzwyczajać ją do spania oddzielnie. Nie wiem jeszcze czy od razu w jej łóżeczku w drugim pokoju, czy na razie jeszcze w koszyku przy naszym łóżku, zobaczymy. Rano pobyczyłyśmy się w łóżku do 11, choć z przerwami. Kiedy się obudziła i zobaczyła mnie nad koszykiem, uśmiechnęła się do mnie tak promieniście, że cała złość na nieprzespaną noc, całe zmęczenie mi przeszło. Pięknie się uśmiecha :) Teraz mała nakarmiona, z czystą pieluchą, zasnęła chyba w końcu w koszyku, więc mam parę chwil na prysznic i ogarnięcie się.

To było chyba uczulenie na proszek i/lub płyn do płukania (niestety zamiast zmienić jedną rzecz, żeby wiedzieć co wywołało uczulenie, zmieniłam od razu dwie i teraz nie wiem...). Wczoraj wysypka ładnie schodziła, ale kiedy położylam ją do naszego łóżka, na prześcieradło, które jeszcze niezostało wyprane w nowych środkach, na buzi znowu zaczęły się pojawiać krosteczki. Przyniosłam więc szybko jej prześcieradło, świeżo wyprane i dziś buzia wygląda ślicznie, z szyjki też powoli paskudztwo schodzi. Mam nadzieję, że zupełnie pozbędziemy się tych krostek.

Zosia coraz mniej śpi w ciągu dnia, coraz więcej z zaciekawieniem rozgląda się dookoła, bada, poznaje. Rośnie jak na drożdżach - koszyk, w którym miała dużo miejsca powoli robi się taki tylko - tylko, niedługo już nie będzie mogła w nim spać. Bawimy się coraz dłużej na macie edukacyjnej, coraz ładniej szyjkę ćwiczymy, i coraz więcej czasu spędzamy razem. Wprawdzie dzięki temu ja mam mniej czasu na cokolwiek, do tej pory było tylko karmienie, zmiana pieluszki i kimono :) Teraz będziemy więcej czasu razem spędzać. Natomiast spokojny wieczór z lekturą Kapuścińskiego, o jakim marzyłam wczoraj, oczywiście nie miał miejsca... Jeszcze nadrobimy :)

14:17, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3