Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
poniedziałek, 23 lutego 2009

Chyba muszę się pogodzić z tym, że nasz związek, nasze małżeństwo nie należą do łatwych. Kryzysy zdarzają nam się równie często, jak deszcze w Irlandii. Dobrze, że po kryzysie zawsze jest lepiej. Tematy ciągle te same, funkcjonują właściwie zastępczo, chyba że hurtowo, wtedy jest kryzys - gigant. Komputer (Kocur spędza przed nim stawnowczo zbyt dużo czasu i jeśli mu pozwolić, stopniowo zwiększa "dawki", zapominając o bożym świecie), alkohol (no, tak, zamiłowanie do mocnych trunków odziedziczył w genach, a potem szkolił pracując jako barman), dbanie o nasz związek, dom itd. Tym razem poszło o to, że Kocur zestresowany pracą (pracuje teraz dla siebie i trudno mówić tu ostałości, a tego potrzebujemy najbardziej) odsunął się ode mnie. Dopóki trzeba się zająć Zosią, bawić z nią, to robiliśmy to razem. Kiedy tylko po kąpieli ja usypiałam mała, on zasiadał przed komputerem i tak spędzał cały wieczór, do późna. Ja sama siedziałam przed komputerem albo telewizorem, sama w łóżku czytałam książkę, sama zasypiałam. Przez ostatni tydzień atmosfera w domu była bardzo napięta, Kilkakrotnie podejmowane próby rozmów niczego nie przynosiły, chyba oboje jeszcze bardziej pogrążaliśmy się w swojej złości i frustracjach. Dopiero wczoraj udało nam się na spokojnie, bez emocji porozmawiać, wytłumaczyć, przedstawić swoje racje. Kocur wie, czego od niego potrzebuję, czego oczekuję, obiecał się starać, a ja... ja pewnie jeśli on będzie sie starał, nie będę gadała :) Zobaczymy jak długo potrwa ta sielanka, pewnie do następnego kryzysu :) Na razie jednak carpe diem, cieszę się kolejnym fajnym dniem z Zosią i Kocurem.

Zosia ma nowe ząbki: jeden już się przebił, drugi tuż tuż. Dwie dolne dwójki, więc nie będzie już wyglądała jak króliczek :) Niestety chorutka jest :( Kaszel potworny, katar nie pozwala normalnie oddychać. W sobotę byliśmy u lekarza i okazało się, że pani doktor zaleciła wszystko to, co ja już i tak, kierując się intuicją, robiłam. Dodała tylko lek przeciwgorączkowy i przeciwbólowy podawany regularnie co 4 godziny. Dziś zostałam z nią więc  w domu, bo Kocur musiał jechać coś tam kończyć, jutro ja do pracy, a Kocur posiedzi z córą. Pomimo choroby ma i humor, i apetyt, i siły. Dzisiaj rano pomagała mi rozwieszać pranie: wyjmowała z praliki pojedynczo swoje ubranka i podawała mi. Jeśli nie nadążałam z odbieraniem od niej, lekko zirytowana podchodziła do mnie i wyrzutem podawała mi kolejną rzecz. Wszystko wyjęła, sprawdziła jeszcze czy nic nie zostało. Nie wiem skąd u niej tak rozwinięty zmysł obserwacji. Mówi i rozumie bardzo dużo, ale jak stwierdziła pediatra, to głównie kwestia tego, że my duzo z nią rozmawiamy. Jednak to jak dokładnie widzi to, co się wokół niej dzieje i jak potem powtarza (miejsce kluczy jest w dziurce od kluczy w drzwiach, więc próbuje je tam włożyć), czasami zaskakuje mnie niesamowicie.

Kolejne tygodnie ciąży mijają jak szalone... To już 26-ty tydzień, teoretycznie zostało tylko 14, czyli jakieś 3 miesiące. Dziecko kopie bardzo mocno, czasami we wszystkie możliwe strony na raz. Bardzo żywotne jest :) I silne, jak Zosia. Brzuszek też już mam duży, problemy z zobaczeniem własnych stóp powoli się zaczynają. Są dni, kiedy nie mogę ani siedzieć, ani stać, ani leżeć, ponieważ maleństwo jest tak nisko, że wytwarza potworne ciśnienie... Na szczęście czasami również przesuwa się w górę i daje mi trochę ulgi. Nie mogę się już doczekać, kiedy je przytulę, kiedy położą mi je na piersi... Tym razem czas szybko leci, dzięki Zosi, więc stanie się to nim się obejrzyjmy :)

Dobrze, koniec tego dobrego, ciasto już pewnie wyrosło, więc skończę robić rogaliki z różaną konfiturą :) A potem w nagrodę zjem sobie kilka, jeszcze ciepłych, ze szklanką zimnego mleka. Wiem, że to niezdrowe, ale jakie smaczne! zapraszam, jeśli są chętni! :)

sobota, 14 lutego 2009

Ogładałam dziś "Piosenka dla Europy" w TVP1. Już od kilku lat nie oglądam elimminacji, bo piosenki, które potem jadą na Eurowizję są... delikatnie mówiąc, daleko im do statusu przebojów. Jednej tylko Edycie Górniak udało sie pojechać z utworem, nie tylko na miarę, ale wręcz przerastrającym wszystkie inne w ówczesnym konkursie. W tym roku zasiadłam jednak przed telewizorem, ponieważ występował Renton. A to przecież chłopaki z akademika! Mam ich pierwsze utwory, które nagrali dzięki SGH (nasz uczelnia postanowiła ich zasponsorować), do tej pory lubię ich posłuchać. Przyznam się szczerze, że nie wiedziałam, że taką furorę robią w Polsce! Super, cieszę się bardzo! Głos Marka zawsze mi się podobał, podobnie jak większości żeńskiej publiczności. Nie tylko głos zresztą ;) Przez rok mieszkaliśmy w pokojach naprzeciwko siebie, chociaż nie powiem, żebyśmy dobrze się znali. W każdym razie bardzo chłopakom gratuluję, szczególnie, że według jury to oni powinni reprezentować Polskę w Moskwie, to chyba nawet większe wyróżnienie, niż głosy publiczności. Ich muzka nie należy go gatunku pop, nie będzie więc podobać się masom. Mi podoba się bardzo :) I gratuluję im drugiego miejsca. Mam nadzieję, że teraz staną się znani, a ich płyty zaczną zbierać zasłużone pochwały.

A jeśli macie ochotę posłuchać, to polecam!:

http://www.myspace.com/rentonrox

23:06, zaba791 , inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lutego 2009

Kocur robił dziś obiad, a właściwie obiado - kolację (ze względu na godzine mojego powrotu z pracy,  czyli 18, trudno to tak naprawdę obiadem nazwać) i narobił takich zapachów w całym domu, że aż miło. Bardzo ważny jest dla mnie zapach, szczególnie zapach domu. Zapach obiadu, ciasta dopiero co wyjętego z piekarnika, wypastowanej podłogi... Wystarczy, że poczuję choć nutę tych woni, a obrazy stają mi przed oczami. Jest takie jedno miejsce w Dublinie, niedaleko Pearse Station, które pachnie jak... Londyn. Nie potrafię określić tego zapachu, ale za każdym razem kiedy pędziłam tamtędy na pociąg po pracy, stawały mi przed oczami 3 miesiące spędzone w tym wspaniałym mieście. Dziwne to trochę, ale prawdziwe.

Chcę, żeby nasz dom też miał swó zapach, żeby Zosia i maleństwo, kiedy już  podrosną, kojarzyły nasz dom z zapachem ciasta, cielego, smacznego obiadu. Żeby za każdym razem zapach podobny do domowego sprawiał, że będą się czuć bezpiecznie jak w domu. Ostatnio ciągnie mnie do pieczenia, chociaż Kocur przecież nie je słodkiego... No coż, dla siebie na razie tylko, będę ćwiczyła moje umiejętności, a kiedy małe podrosną, będą mogły się zachwycać maminymi wypiekami :)

W ogóle ostatnio jakoś tak... jeszcze bardziej domowo u nas :)

poniedziałek, 09 lutego 2009

Wczoraj wieczorem w kąpieli, Zosia nagle uparła się, że chce bawić się zasłoną do prysznica. Kocur powiedział stanowczo "nie!" i nie ulegał krzykom i płaczom małej. Po krótkiej chwili, kiedy obrana metoda nie przynosiła rezultatów, Zosia nagle usmiechnęła się szeroko i ... dała tacie buzi. Skapitulował. Chowali się za zasłonę naprzemian.

Skąd te dzieci takie mądre?? :)

23:42, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (6) »
niedziela, 08 lutego 2009

A tak wyglądała Zosia na swojej pierwszej urodzinowej balandze :)

A tutaj z rodzicami :)

Wczoraj moja mama poleciała spowrotem do Polski. Okazało się, że miała farta - samoloty nie latały jeszcze do wczoraj, a dzisiaj znów spadł śnieg, więc podejrzewam, że znów mogły być problemy. Powinna właśnie dojeżdżać do domu, bo na noc zatrzymała się u mojej siostry w Gdańsku :)

Jak ten czas pędzi! I po co tak? Dlaczego? Pamiętam jak przyjechało łóżko, które wstawiliśmy do pokoju małej, dla gości, a szczególnie teraz dla mojej mamy. Liczyłam dni do jej przyjazdu, a ona już wróciła do domu... Na lotnisku dzielnie się trzymała, popłakała się dopiero wieczorem usypiając małą... I trzymało mnie do późnego wieczora.... Aż migrena mnie w nocy złapała :(

Co robiłyśmy przez ten tydzień? Niby nic. Nie zwiedzałyśmy, prawie nie ruszałyśmy się z domu. Każdy dzień byl podobny: pobudka o 8, bo Zosia jest lepsza niż zegarek. Ubieranie i do żłobka. Powrót do domu, śniadanie, kawka, ciasto. Czasami coś sprzątnęłam, zmyłam naczynia, odkurzyłam. Po dwóch godzinach odebrać Zosię. Do domu, drugie śniadanie dla brzdąca (przeważnie paróweczka, bo to ulubiona potrawa Zosi) trochę zabawy i spać. Po spaniu, około 13, spacer, o ile pogoda pozwalała. Zabawa, zabawa, zabawa, znowu drzemka koło 16. Obiadek, zabawa, zabawa, zabawa. Potem kąpiel i spać. Nudy? Otóż nie! Przez tydzień Zosia nauczyła się mówić "pępek" - z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu jest to jedna z najbardziej fascynujących ją części ciała, szczególnie na moim wielkim brzuchu. Ale wiadomością dnia jes to, że Zosia chodzi! Pięknie, stabilnie i pewnie stawia kroczki, zasuwa z pokoju do kuchni i spowrotem, potem na korytarz, po psie, tu coś złapie, tam coś pociągnie i dalej! Zdarzy jej się upaść, ale z dnia na dzień jest coraz sprawniejsza. Wczoraj stwierdziła, że chodzik jest cool (taki jakby "balkonik" jak dla babuleńki, na kółkach, ma pomagać dzieciom uczyć się chodzić, bo mogą go popychac przed sobą), więc wszędzie go ze sobą brała. Nie pchała go jednak przed soba, bo to by było za łatwe, tylko ciągnęła uparcie, niekoniecznie na kółkach, często w poprzek, podnosząc do góry. Moje silne dziecko! W żłobku radzi sobie świetnie, z dnia na dzień była coraz weselsza, coraz ładinej bawiła się z innymi dziećmi. Jutro wielki dzień - pierwszy cały dzień w żłobku. Nie wiem, kto przeżyje to bardziej - ona, czy ja... W każdym razie babcia trafiła na tydzień, w którym Zosia niesamowicie się rozwinęła, dużo się nauczyła. To już duża dziewczynka, która tuli laki, kiedy powie się jaj "ukochaj lalę", karmi lalę butlą (dostała w prezencie od dziadków, lalka wydaje dźwięk mlaskania, kiedy przystawi się jej butlę, więc Zosia karmi lalę, mamę, tatę, siebie i wszyscy muszą mlaskać). Jest rozkoszna!

Oj, chyba się obudziła, więc koniec mojego pisania na razie. A wrażeń jeszcze dużo, postaram się napisać więcej popołudniu!