Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
piątek, 29 lutego 2008

Dzisiaj wreszcie udało mi się zarejestrować maleńką (byłam w urzędzie wczoraj, ale zapomniałam odpisu aktu małżeństwa :( ). Mamy już certyfikat urodzenia! Postanowiliśmy, że na drugie imię damy jej Julia. Decyzja zapadła jak zwykle u nas w przypadku bardzo ważnych spraw: jednogłośnie w ciągu paru sekund. Jak dotąd nie żałowaliśmy żadnej takiej decyzji.

Ciśnienie zabójcze, ledwo widzę na oczy. W domu bałagan, pełno gliny (Kocur i tata musieli rozkopywać ogórdek pod kanalizację, która teoretycznie była, w praktyce niekoniecznie...). Jutro tata wraca do domu, nie wiem nawet kiedy minęły te dwa tygodnie... Dzien podobny do dnia, tata potwornie zmęczony, Kocur podobnie. No cóż, taka jest cena za ograniczony budżet i plany rozbudowy. Jednak myślę, że po skończonej pracy obydwaj będą zadowoleni. Jak juz odpoczną trochę.

Dzisiaj krótko bardzo, biegnę na dół. Acha, maleńka już spokojniejsza, nie płacze tak bardzo, a jeśli już, to raczej jest to wersja "szantaż - proszę mnie bawić". Zaczęła też znowu trochę smoczek tolerować :) Spokojnej nocy - sobie i Wam :) 

20:52, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (2) »
środa, 27 lutego 2008

I płacze, tak już od dwóch ponad godzin z przerwami. Uspokaja się na jakiś czas i znów zaczyna płakać. Nie ma temperatury, więc nie jest raczej chora. Kolka albo gazy, brzuszek napięty kiedy płacze. Wypiła kilka łyków rumianku, dostała kropelki na kolkę, zmęczona jest już potwornie. Teraz Kocur trochę mnie odciążył i wziął ja na ręce, od kilku minut jest cisza i spokój. Ból już chyba ustąpił jakiś czas temu, teraz jest już chyba tylko marudna. Mam nadzieję, że w nocy będzie spała jak ostatnio - tylko jedno karmienie po północy, około 4 nad ranem, a potem już o 6 albo 7. Kiedy tak sobie pomyślę, że to maleństwo jest zupełnie zdane na nas, szuka mojego ciepła, zapachu, to ją uspokaja, a jednocześnie nie może powiedzieć co ją boli, jak jej pomóc... Można być najbardziej zmęczonym, ale dla tego maleństwa zrobiłoby się wszystko, zeby tylko nic jej nie dolegało, żeby nic nie bolało, żeby nie płakała... Dziecko wzbudza w człowieku wszystkie najpiękniejsze emocje. A kiedy po kilku godzinach noszenia na rękach, uspokajania, utulania, kiedy i ręce i kręgosłup chcą się już zbuntować, kiedy wtedy ten mały szkrab się uśmiechnie, to jest najpiękniejszą nagrodą. Nie ma lepszej.

Dobrej nocy!

23:21, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (8) »

Zosieńka kończy dziś pierwszy miesiąc swojego życia. Równo o 12.03. Trzymam ją w ramionach pisząc to jedną ręką, uśiecha się gdzieś na pograniczu jawy i snu. Całuję pulchną łapeczkę, a na buzi zakwita uśmiech jak wiosenny kwiat. Zastanawiam się jak ułoży się dla niej życie, jaką ścieżkę wybierze, jaka będzie. Mam nadzieję, że spojrzę na nią kiedyś tak, jak mój tata patrzy teraz na mnie: z ulgą i radością, że wszystko tak dobrze się układa. Mam też nadzieję, że uniknę chociaż kilku błędów moich rodziców przy wychowywaniu mojego skarba, że będziemy ze sobą trochę bliżej, na bardziej przyjacielskiej płaszczyźnie. Wszystkiego dobrego, córeczko!

A tymczasem kolejny zwariowany tydzień. W niedzielę był u nas na kolacji Ian, starszy pan, o którym już pisałam. Przyniósł dla małej w prezencie śliczną sukieneczkę na lato z galotkami :) (majteczkami). Posiedzieliśmy, porozmawialiśmy trochę. Tata też bardzo go polubił. W rewanżu Ian zaprosił nas do siebie na kawę w piątek. Cieszę się, bo tata dzięki takim spotkaniom trochę też odpoczywa, a przy okazji widzi, że otaczają nas serdeczni ludzie. No i zobaczy piękny dom Iana :)

W poniedziałek jeszcze w miarę spokojnie, wczoraj za to miałam kolejną wizytę u dentysty. Nie było mnie w domu ponad 3 godziny, więc kiedy wróciłam mała krzyczała jak najęta "Jeeeeść!!!". Kocur i tata zasuwali cały dzień przy remoncie, zmęczeni i głodni. I tutaj pojawia się sąsiadka. Wiedziała, że dopiero wróciłam, wiedziała, że oni głodni, więc... ugotowała dla nas obiad. Prosta rzecz: ziemniaki, kurczak i warzywa, do tego strudel, ale smacznie i na ciepło. Jest aż za dobra dla nas! Przyniosła mi to wszystko ciepłe, w mieseczkach, ech! Nie musiałam więc gotować obiadu, mogłam zając się maleńką. Wieczorem sąsiadka z mężem i córka wpadli do nas na kawę (umówiliśmy sie już wcześniej), posiedzieli dwie godzinki, porozmawialiśmy, pożartowaliśmy. Okazuje się, że sąsiad i mój tata to tacy sami kawalarze, świetnie by się dogadali, gdyby nie bariera językowa (mój tata nie zna angielskiego niestety, ale zastanawiam się, czy ten pobyt tutaj nie zmobilizuje go trochę do nauki?). Bardzo miły wieczór. I znów tata widzi, że dobrze nam tu,że są wokół nas tacy ludzie.

Dzisiaj spokojnie, posprzątam trochę w domu, może zrobię generalne porządki w łazience. Jutro natomiast wybieram się z małą do centrum. Muszę ja w końcu zarejestrować, poza tym obiecałam, że pochwalę się nią w pracy :) A jak się uda, to może jeszcze załatwię sprawy w urzędzie podatkowym. Popołudniu przyjeżdża Aśka, która będzie mieszkała w remontowanym domku. A w piątek wieczorem do Ian'a na kawę. W sobotę tata wraca do domu. Dwa tygodnie miną jak z bicza trzasnął.

Rany, lecę na dół coś zjeść, bo aż mnie głowa zaczęła z głodu boleć. Chyba nie poczekam na moich mężczyzn z drugim śniadaniem, bo sama padnę. Zrobię im jeść jak wrócą z zakupów, a sama zjem coś już teraz. Do roboty! Słońce znów świeci, aż chce się żyć!

 

12:26, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 lutego 2008

Nie wiem co jest, jakaś zdenerwowana jestem, tak bez powodu... Może to kwestia pogody? Wieje, pada, szaro i zimno... Patrzę jak Ci moi mężczyźni pracują ciężko na dworzu i strasznie mi ich szkoda. W dodatku nie wiem czy nie bierze ich grypa... Konrad cały obolały, ma naderwany mięsień w plecach, w dodatku coś mu jeszcze w szyi przeskoczyło i nie może się w ogóle w prawo odwracać. Tata nie ma już 30tu lat i taka ciężka fizyczna praca sprawia mu już więcej problemów, niż kiedyś. Okropnie się czuję patrząc jak zasuwają. A jednocześnie wiem, że muszą się śpieszyć, żebyśmy jak najszybciej mogli wynajmować ten domek, bo dzisiaj zapłaciliśmy pierwszą ratę kredytu za dom... te kilka dodatkowych euro bardzo się przyda co miesiąc. Jeszcze sąsiadka, która podobno zupełnie bezkonfliktowa jest (jak poprzedni lokatorzy urządzali tu huczne imprezy nic jej nie przeszkadzało) zaczęła się coś czepiać, że podniesiony dach będzie jej słońce zasłaniał w ogródku... boję się, żeby nie polazła ze skargą gdzieś do gminy, bo będziemy musieli pozwolenia załatwiać itd... ech, trochę się denerwuję. Mam nadzieję, że to niepotrzebnie i na zapas.

Dobrze, że Zosieńka coraz piękniej mi nocami śpi. Dzisiaj obudziła się tylko na chwilkę w środku nocy, a potem dopiero o 6 rano na dłuższe karmienie. Teraz trochę marudziła, ale już zasnęła. Skoczę więc szybko do sklepu, kiedy śpi spokojnie.

czwartek, 21 lutego 2008

Szaleństwo, istne szaleństwo. Dwóch najważniejszych mężczyzn w moim życiu (Kocur i mój tata, żeby nie było wątpliwości) remontuje domek na podworku, który będziemy wynajmować. Remontuje to trochę mało powiedziane, bo z domku zostały tylko ściany, w dodatku niekompletne, i teraz wszystko robią od nowa - dach, ocieplenie, ściany, ścianki, dobudowują łazienkę... ech, długo by wymieniać. Właśnie Kocur skuwa beton, który poprzedni właściciel w jakiejś gorączce wylał dookoła, uzbroił i wrzucił w niego co tylko się dało, a chodziło tylko o to,żeby utrzymać trzy słupki, na których były karmnik i blaszany kogut, a na drugim nic. Robota wre, oni popołudniu padają na nos (Kocur w dodatku ma naderwany mięsień w plecach i jest na zwolnieniu, powinien odpoczywać, ale musi pomóc teściowi). Ja wstaję rano jak Zosia mi pozwoli, szybko biorę prysznic i robię chłopakom drugie śniadanie, które jem z nimi (czasami na raty, jeśli mała też zgłodnieje w tym samym czasie). Potem zajmuję się dzieckiem, myję naczynia, przygotowuję coś na obiad, myje naczynia, zajmuję się dzieckiem, obejrzymy coś w telewizji razem, razem zajmując się dzieckiem (dziadek chętnie ją bierze na ręce i siedzi z wnuczką :). Potem co drugi dzień kąpiel małej, karmienie i usypianie wieczorne. Kolacja dla dziadka (my raczej nie jemy), przygotować coś dla nich na śniadanie, bo wstają o 7 rano, a wtedy ja nie dam rady zwlec się z łóżka. Wszyscy zmęczeni - oni pracą, ja opieka nad małą i zajmowaniem sie domem. Ale dzisiaj pobiłam wszelkie rekordy: wstałam o 8 rano, wrzuciłam w siebie kanapkę, nakarmiłam mała i pojechałam po młot do rozbijania cementu. W firmie, skąd go wypożyczałam udało mi się wysłać dwa faksy (zwolnienie Konrada do pracy i formularz do ubezpieczyczalni), więc nie musiałam jechać do centrum, do mojej pracy (jutro chyba pojadę). W drodze powrotnej wpadłam do apteki (maść na plecy Kocura), kafejki internetowej (ksero paragonu, który muszę wysłać razem z nawigacja do serwisu), sklepu (chelb, herbata, coś słodkiego do kawy). Wróciłam do domu akurat kiedy Zosia zaczynała się budzić i krzyczeć żeby ją nakarmić. Zrobiłam drugie śniadanie, które udało mi się również zjeść. Teraz znów nakarmiłam małą, usnęła wreszcie. W międzyczasie wykonałam kilka telefonów w sprawie różnych rzeczy, które ludzie maja do oddania za darmo (jest super strona www.dublinwaste.ie , na której ludzie oddają używane, a czasami całkiem nowe rzeczy z wyposażenia domowego). Niestety podłoga, która idealnie nadawałaby się do naszego domku poszła wczoraj. Teraz poluję na wyposażenie łazienki. Znalazłam już okno i komplet rozkładana sofa plus dwa fotele. Zastanawiam się nad pięknym kompletem stól, 6 krzeseł i olbrzymia komoda - mahoniowy piękny komplet do jadalni, może wzięlibyśmy go dla nas? Zobaczymy.

Padam na nos. Wiem, że jestem dobrą organizatorką czasu, w końcu przez jakiś czas pracowałam w takim właśnie pędzie i świetnie mi to szło. Zresztą lubię to bardzo. Jednak w nocy nie śpię zbyt dużo, mała "wyjmuje" mi co noc najpierw 1,5 - 2 godziny (koło północy, karmienie plus usypianie), potem przy kolejnych wóch karmieniach (koło 4 i 7 rano) też zabiera mi trochę snu. Ledwo widzę na oczy. Muszę teraz uwinąć się szybko z umyciem naczyń (mam wrażenie że nic innego nie robię, ciągle jest coś do umycia), a potem pomyśleć co z obiadem. Kompletnie nie mam ani pomysłu ani ochoty gotować. A muszę. Kocur zadowoliłby się pizzą, ale mój tata nie, a muszę o niego dbać. Spędza dwa tygodnie swojego urlopu zasuwając u nas tak, że wieczorem ledwo się rusza. Na pewno się cieszy, że może nam jakoś pomóc, ale to naprawdę ciężka praca. Jestem mu bardzo wdzięczna, bo gdyby nie on, pewnie kilka miesięcy zajęłoby nam wyremontowanie tego domku, a tak niedługo będziemy mogli go wynająć, co da nam dodatkowe pieniądze.

Ja też zaczynam się zastanawiać nad dodatkowym źródłem dochodu... Chciałabym po płatnym macierzyńskim wykorzystać jeszcze 16 tygodni bezpłatnego, żeby jak najdłużej być z maleńką. Nie sądzę jednak, żeby w normalnych warunkach było nas na to stać. Gdybym natomiast zaczęła trochę zarabiać, byłoby już inaczej. Mam dwa pomysły: korepetycje z angielskiego (w Polsce udzielałam korepetycji przez jakieś 3 czy 4 lata) i pisanie artykułów do polskiej prasy tutaj. Chyba nawet wiem na jaki temat mogłabym pisać: wstępnie bankowość, a dokładniej praktyczne rady z zakresu bankowości, czyli coś, na czym się znam, w czym pomagam wielu ludziom w pracy. Mogłabym to też rozszerzyć i wykorzystać wiedzę zdobytą na studiach tutaj z zakresu doradztwa finansowego. Zobaczymy czy będa zainteresowani. Fajnie byłoby mieć jakieś dodatkowe pieniądze. A jak tylko Zosia podrośnie troszkę, mam tu na myśli kiedy będzie miała jakieś 3 miesiące i jej dobra trochę sie ureguluje, ja powinnam mieć trochę wolnego czasu. To chyba całkiem dobry pomysł, prawda?

Przypominam sobie jak to było żyć na wariackich papierach na studiach (zajęcia na uczelni, spotkania w organizacji studenckiej, opieka nad grupą gości z zagranicy, a po drodze udawało mi się nawet coś zjeść i przygotować do zajęć!, doba miała wtedy chyba 48 godzin), albo w pracy, w agencji event'owej. W tamtej pracy spełaniałam się niesamowicie - nie było dla mnie rzeczy nie do załatwienia, nie było ludzi, których nie udałoby mi się przekonać (np. do patronatu medialnego, reklamy, sponsoringu itd.), nie istaniało pojęcie "brak czasu", a udawało mi się nawet poflirtować z tym i tamtym :) Lubię taki pęd, lubię odhaczać kolejne rzeczy na mojej "to-do" liście. Szczególnie że potem moment, w którym się zatrzymuję na złapanie oddechu smakuje cudownie wprost!     

sobota, 16 lutego 2008

Słowo daję, mój limit bólu na ten miesiąc został przekroczony. Dopiero trzy tygodnie temu rodziłam Zosieńkę i zanim się w końcu doczekałam na znieczulenie, swoje przeżyłam (podziwiam kobiety, które rodziły/rodzą bez znieczulenia, ja z bólu byłam jak zaszczute zwierzątko). Wczorajsza noc... koszmar. Płakałam z bólu, chodziłam w kółko i płakałam, albo kiwałam się jak dziecko autystyczne. Ząb. Kocur nie wiedział co zrobić, nie potrafił mi pomóc, a podobnie jak ja nienawidzi bezsilności. Paracetamol, kostki lodu do ssania, zimne okłady na policzek. Zasnęłam dopiero koło 4 nad ranem, bardziej chyba ze zmęczenia, a nie dlatego, żeby ból całkiem ustąpił. Dziś jestem już po pierwszej wizycie u dentysty, jutro druga- leczenie kanałowe. Nie liczę pieniędzy, ja już nie chcę, żeby mnie bolało. Znieczulenie zeszło dopiero jakieś dwie godziny temu, dostałam podwójna dawkę (nie wiem co się ze mną dzieje, przy porodzie też potrzebowałam podwójnej dawki, a kiedyś takie rzeczy jak borowanie zęba znosiłam dzielnie niemal z uśmiechem na ustach gdyby to było możliwe, bez żadnych znieczuleń). Czuję, że żyję. Jeszcze tylko troszkę odeśpię i wrócę już kompletnie do świata żywych.

Zosieńka, kochana moja córeczka, chyba czuła, że z mamą jest źle, bo spokojnie przespała caluteńką noc, obudziła się tylko koło 7 rano na karmienie i znów spała. Nawet koło północy krócej trzeba było ją usypiać, nie jak codziennie dwie godziny. Całuję ją delikatnie w policzek, a ona się uśmiecha. Kiedy czasami przez sen zapłacze albo poruszy się niespokojnie, głaszczę ją po główce i od razu się uspokaja. Nie mogę się na nią napatrzeć, jest taka delikatna, taka niewinna, taka śliczna i taka... moja. Moja córka. Nasze dziecko. Maleńki cud.

A za około dwie godziny przylatuje dziadek, czyli mój tata. Zostanie z nami dwa tygodnie, pomoże, a może raczej sam zrobi większość remontu w domku w ogórdku, który będziemy wynajmować. Cieszę się bardzo, że tu będzie, zobaczy swoją pierwszą wnuczkę, zobaczy nasz dom, nas w końcu. Mam nadzieję, że dobrze mu tu u nas będzie. Wprawdzie nie będzie miał tak dobrze, jak z moją mamą, bo nie będę pewnie w stanie wstawać rano i robić mu śniadania, sam będzie musiał sobie poradzić. Za to obiady postaram się gotować pyszne. Dzisiaj już spędziłam trochę czasu w kuchni (wyszły mi pyszne jajka zapiekane w pieczarkach!), trochę sprzątałam, nie dałam jednak już rady odkurzyć. Kocur sprzątnął łazienkę, ale na tym się skończyło, bo rano naciągnął sobie coś w karku i ledwo się biedak rusza. Nie wiem jak mu pomóc (dzisiaj role się odwróciły).

A teraz chwila spokoju na kanapie przed telewizorem, w oczekiwaniu na obudzenie się Zosi. Prawa pierś stanowczo już gotowa na karmienie, niedługo wybuchnie. Nie chcę odciągać pokarmu, bo mała kompletnie nie akceptuje smoczka ani butelki, woli pierś matki :) I ja tak też wolę. 

Miłego wieczoru! 

22:04, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 lutego 2008

Żeby nie było tylko tak pięknie i radośnie, to nas boli. Zosieńka ma kolkę, a ja bolący jak cholera ząb. Prawie płaczę, kiedy widzę jak mała ma pełne oczy łez i krzyczy, wypluwa cyca, rzuca rączkami. Do tego ząb, który jest do leczenia kanałowego, a wizyta dopiero w następną sobotę, w dodatku o 9 rano - nie wiem jak dam radę wstać... Zresztą nieważne, wstanę, nieważne, że leczenie kanałowe kosztuje tutaj majątek, ale żeby już przestało boleć! Bo boli nie tylko ząb, ale przenosi się to na całą głowę. W domu skończył się paracetamol/panadol, a tylko to mogę brać kiedy karmię piersią. Muszę więc wytrzymać do powrotu Kocura, bo wtedy przywiezie mi nowe opakowanie. Co za dzień!

Jutro przylatuje tata i chciałabym ładnie posprzątać cały dom, żebyśmy mogli się pochwalić naszymi czterema kątami, żeby było przyjemnie wejść do domu pachnęcego świeżością i czystością. W takim stanie mało jednak mogę zrobić. Z drugiej strony siedzenie przed tv albo czytanie książki też niewiele pomaga... Może jednaj się zmobilizuję i pracując zapomnę o bólu? Dobrze chociaż, że jestem tak potwornie niewyspana, że potrafię zasnąć pomimo zęba. To jakieś ukojenie.

Udało mi się nakarmić i utulić szkraba, teraz śpi słodko i mam nadzieję, że pośpi tak co najmniej ze dwie godziny. Postaram się dokończyć śniadanie, które jak zwykle na raty, bo mała wyczuwa chyba, że mam je i zawsze wtedy też chce jeść. Mój głód przegrywa wtedy z jej krzykiem. Ech, gdyby nie ten ząb, dałabym sobie radę ze wszystkim, powoli, na spokojnie, a tak trudno mi się na czymkolwiek skupić :( Proszę, niech już przestanie boleć! :(((((((

czwartek, 14 lutego 2008

Za oknem szaro i zimno. Ogrzewanie w domu ustawione na max, żeby maleńkiej było ciepło. Obydwie dziś senne i marudne jesteśmy. To nie jest pogoda dla nas. Nic dzisiaj w domu nie zrobiłam, ale nawet nie mam specjalnie wyrzutów sumienia. Zamierzam zresztą zaraz dołączyć do córki w podróży do Podpoduchowa :) Zanurzyć się pod ciepłą kołderkę, przyłożyć głowę do poduszki... jeśli tylko Zosia pozwoli, bo strasznie dziś marudna i co chwilę płacze. Niby głodna, ale kiedy przystawię do piersi po kilku minutach wypluwa i zaczyna płakać. Pomaga tylko kołysanie w ramionach i głaskanie po główce.

To niesamowite jak szybko u takiego malucha zmienia się buzia. Nie mam na myśli tylko jej pultynek, które urosły nie wiadomo kiedy (ale wiadomo dlaczego...:), ale główka jej rośnie i zmieniają się rysy twarzy. Bródka cofnięta zaczyna się powoli do przodu wysuwać, czoło się wyrównuje, rosną brwi, gęścieją rzęsy, usteczka robią się coraz pełniejsze, nosek coraz większy (to akurat nie powód do radości - nos ma po matce i lepiej żeby nie urósł zbyt duży...). Zmiany u niemowlaka zachodzą błyskawicznie, z dnia na dzień. Zaczyna lepiej widzieć, poznawać, interesować się otaczającym ją światem, coraz lepiej słyszy (chociaż tu mam wątpliwości - podoba jej się kiedy śpiewam, a to z pewnością nie jest oznaką dobrego słuchu). Rośnie jak na drożdżach, śpioszki jeszcze kilka dni temu dużo za duże, teraz są już tylko trochę za duże. Niedługo zacznie podnosić główkę i robić całe mnóstwo ciekawych rzeczy. Już teraz jej życie zaczyna powoli wymykać się schematowi spanie - jedzenie - kupka, coraz więcej czasu poświęca na obserwacje. Lada moment i będziemy spędzać razem czas poznając zabawki, grzechotki, dźwięki i kolory. Mam nadzieję, że wtedy też będziemy troszkę więcej spać...

Zosia po raz pierwszy się do mnie uśmiechnęła. Nie tak przypadkiem, nie "na ślepo", ale w reakcji na moje buziaki. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się do matki. Gdyby szkrab mały wiedział ile mi tym radości sprawiła! :) Widzi juz chyba świetnie, od kilku dni rozgląda się dookoła z zaciekawieniem i nawet zajmuje to jej uwagę na dłuższą chwilę. Poznaje też moją twarz i przyglada mi się. Z tatą spędza mniej czasu i jego jeszcze nie poznaje. Ale pewnie już niedługo.

Dziś kolejna wizyta pielęgniarki środowiskowej. Przed wszystkim uskopoiła nasze nerwy - mała wczoraj bardzo ciężko oddychała, baliśmy się, że przeziębiła się na spacerze i że to może być coś poważnego. Na szczęście to tylko katar. Wiadomość dnia to waga naszego małego głodomora: 3,670 kg. Oznacza to, że w ciągu pięciu dni od ostatniego ważenia przybrała na wadze... 400 gram! Nic dziwnego, skoro tyle je... Nie mam potrzeby ściągać pokarmu, bo Zośka robi to doskonale. Pultynki jej urosły, brzuszek okrąglutki, nasz pulpecik kochany. Żółtaczka poporodowa już praktycznie za nami. Zdrowa i silna ta nasza córa. I niech tak zostanie.

Bilnas dzisiejszego dnia, jeśli chodzi o moją energię: posprzątana sypialnia (jest świeżo i pachnąco), pokój Zosi (chociaż od kilku dni używany tylko do zmieniania pieluch i przebierania), czysto w pokoju "komputerowym". Plus dwa prania, umyte naczynia i obiad na dwa dni, ale to już drobiazgi. :) Jutro kolejne zadania do wykonania :) Lubię zajmować się domem :)

Teraz Kocur zmienia pieluchę, uważając, żeby go córka znowu nie "ustrzeliła" (tzn. nie "obkupkała"), a ja wskakuję pod szybki prysznic i do łóżka! Kolorowych snów!

wtorek, 12 lutego 2008

Albo raczej na szczęście typowego irlandzkiego wiatru (zimny, przenikający aż do kości, żaden tam nasz polski zefirek, nawet w gorące dni) nie ma! W nocy szyby samochodów jeszcze obejmuje w posiadanie szron, Kocur codziennie rano spędza 10 minut na odszranianiu zanim wyruszy do pracy, ale koło południa (piszę "koło południa", bo przeważnie wtedy jako tako odzyskuję przytomność) wychodzi piękne słońce i robi się cieplutko. Wczoraj zapakowałam Zośkę w koszyk (kupiłam "koszyk Mojżesza", jak go tu nazywają, z cichą nadzieją, że będzie w nim spała, kiedy postawię go koło naszego łóżka... jak na razie w nocy udało mi się umieścić ją tam raz na godzinę, a dziś na trzy godziny) i wystawiłam na słońce. Chyba jej się podobało, bo spała jak zabita ponad dwie godziny i aż trudno potem było ją na karmienie dobudzić. Sama w tym czasie zabrałam się za kwiatki. Nie mogę jeszcze poszaleć za bardzo w ogródku, bo w sobotę przylatuję mój tata i rozpoczyna się remont domku (mamy z tyłu domu mały domek, który chcemy teraz wyremontować i przystosować do wynajmu), więc całe podwórko będzie jednym wielkim bałaganem. Mam nadzieję, że szybko się z tym uporają i będę mogła wreszcie zadbać o "zaplecze" naszego domu :) A pomyśleć, że kiedyś nienawidziłam wprost wszelakich robót ogródkowych... taka to różnica między "trzeba", a "chce się".

Wiosnę czuć w powietrzu, fantastycznie. Od razu mam więcej energii, lepszy nastrój. Pomimo niewyspania (mała co drugą noc pozwala mi trochę pospać, po to chyba tylko, żeby następnej nocy dać mi w kość) chce mi się robić - sprzątać, porządkować, gotować. Teraz, kiedy jestem w domu, a już szczególnie kiedy tryb życia Zosi trochę się unormuje, mam zamiar poszerzyć mój zakres kulinarnych umiejętności. Wyciągnęłam już moją grubaśną książkę kucharską z przepisami kuchni polskiej i będę gotowała! Szczególnie podczas pobytu dzadka - bardzo jest wrażliwy na punkcie jedzenia... rozpieszczony przez moja mamę, sam sobie z lodówki nic nie weźmie. W każdym razie najważniejsze jest jedno: CHCE MI SIĘ.

Mimo wszystko mam też troszkę więcej czasu na dbanie o siebie. Ćwiczyć jeszcze nie ćwiczę (przyznam się bez bicia - czyste lenistwo), ale wklepuję w siebie kremy, masuję się itd. W ciągu dwóch tygodni po porodzie schudłam około 5 kg, tak po prostu nic specjalnego nie robiąc. Jeszcze 3 kg i wrócę do wagi sprzed ciąży, a kolejne 3 kg (co najmniej) i wrócę do czasów, kiedy wyglądałam apetycznie :) Miło jest znowu czuć się kobietą bez brzucha z przodu :) Owszem, czasami brakuje mi (a jednak!) tego, że mała jest ciągle ze mną, ale na dłuższą metę wolę jednak chyba czuć swoje żebra kiedy zechcę :) No i muszę się starać, żeby w przyszłości móc udawać siostrę swojej córki,a nie jej matkę ;)

Dobrze, a teraz pora zmienić pieluchę, nakarmić trochę głodomora i wystawić ją znowu na słońce. Zastanawiam się nad spacerem, ale musiałabym iść z sąsiadką i jej córką, a chyba nie chce mi się dziś rozmawiać po angielsku... Może jutro :) A dzisiaj posprzątamy trochę w domu, żeby nie wstydzić się przed tatą, kiedy tu przyjedzie :)

Miłego dnia! 

 
1 , 2