Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | Marysia | Muzyka | Zosia | Zosia i Marysia | inne | podróże | zdjęcia | życie
RSS
wtorek, 27 stycznia 2009

Rok temu, o 12.03 przyszła na świat Zosia. Poród nie był niczym strasznym, miałam szczęście, obyło się bez większego cierpienia ani komplikacji. To była słoneczna niedziela, niemal wiosenna, a nie zimowa. Wszystko rozpoczęło się około 4 nad ranem, kiedy odeszły mi wody, a w południe Zosia była już z nami. Cała i zdrowa, 9 punktów w pierwszych 5 minutach, pełne 10 po 10 minutach. Tego uczucia, kiedy położna położyła mi ją na piersi, nie da się z niczym porównać, nie będę nawet próbowała...

Dziecko wszystko w życiu zmienia, przewartościowuje się, zmienia priorytety, dodaje radości i trosk. Macierzyństwo jest piękne, choć czasami bardzo trudne. Nie powiem, żebym była idealną matką, nie wiem czy takie w ogóle istnieją, ale staram się. Z dnia na dzień jest coraz lepiej, chociaż nadal bywają dni czy noce, kiedy ledwo starcza sił i cierpliwości. Takie życie :)

A Zosia przez ten rok z zupełnie nieporadnego stworzonka, które tylko jadło, spało i brudziło pieluszki, przemieniła się z małą, samodzielną istotkę z chrakterem! Prawie chodzi (leniwa jest, stabilna bardzo, ale woli nadal ciągać mamę i tatę za palec), mówi "mama", "tata", "Zosia", "Piper", "tak", "nie". Pokazuje paluszkiem, że chce pić, że chce jeść. Parówkę pokrojoną w małe cząstki pięknie sama zjada widelcem (nabija kawałeczki i wkłada do buzi), gryzie, przeżuwa. Głaszcze psa. Przytula się i daje buzi. Kiedy coś jest gorące i nie może tego dotykać, pokazuje paluszkiem i mówi "si!". Jeśli jest zmęczona i pytam, czy chce "aaa!", odpowiada "aaa!'. Na pytanie "Jak robi krówka?", odpowiada "Muuu!", piesek to "au!au!", a małpka "a! a! a!". Pokazuje oczko, nosek, pępuszek, a na obrazkach psa, kaczkę, krowę :) Tańczy i śpiewa, klaszcze. Potrafi przejść 2-3 metry, ale tylko jeśli jej się chce. To niewiarygodne ile zmian w tak małym cialku, w tak małej główce, tylko w ciągu roku! A ile jeszcze przed nami!

Zosieńko, życzę Ci, żebyś była radosnym, szczęśliwym dzieckiem. Żeby ani żadne choroby, ani smutki, się Ciebie nie czepiały :)

I dziękuję za życzenia w imieniu Zosi! :) Przekażę jej na pewno, a od niej Wam przesyłam slodkie, mokre buziaki! :)  

12:59, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Dziś Zosia po raz pierwszy została sama w żłobku. Wykorzystałam moment, kiedy zaaferowana nowym miejscem, dziećmi i zabawkami nie zwracała na mnie uwagi, i wyszłam. Stałam jeszcze chwilę patrząc, czy nie zacznie płakać, żeby w razie czego ją przytulić, ale nie płakała. Za to ja prawie się popłakałam. W domu sniadanie, szybko odkurzę podłogi i będę biegła po mojego skarba. Ciekawa jestem jak sobie poradziła tego pierwszzego dnia. Fajna sprawa, takie oswajanie dziecka z nową sytuacją i miejscem. Godzina dziennie, przez dwa tygodnie, przyzwyczai się, że mama zawsze po nią wraca, więc kiedy będzie musiała zostać cały dzień, a to już za dwa tygodnie, powinno być łatwiej. Ech... Jak ten czas szybko leci! Jutro Zosia skończy roczek, tak niesamowicie zmieniła nasze życie, tak bardzo się zmieniła, a teraz jeszcze żłobek.... Niewiarygodne, jak bardzo dzieci zmieniają nasze życie, ile uczuć wprowadzają, emocji. Jak życie nabiera innej wartości... Dobrze, odkurzyć i po mojego szkraba!
10:58, zaba791 , Zosia
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 stycznia 2009

Wczoraj poszliśmy obejrzeć żłobek, do którego już za dwa tygodnie będzie chodziła Zosia. Musieliśmy się upewnić, czy to dobry wybór, czy może trzeba szukać gdzie indziej. Wszystkie opiekunki od razu oczywiście zaczęły zachwycać się naszą maleńką, a ona udawała, że zupełnie nie wie o co tyle hałasu :) Miejsce jest przyjemne, sporo przestrzeni, cztery sale dla dzieci w różnych grupach wiekowych. Kolorowo, dużo zabawek. Bezpiecznie, wszystko sprawdzone i zatwierdzone, ubezpieczone również. Warunki finansowe nam odpowiadają (w niektórych miejscach żądają depozytu w wysokości miesięcznej opłaty, czyli około 800 Euro, na dzień dobry trzeba więc zapłacić 1600 euro). Zosia dostanie swój dziennik, w którym codziennie będą zapisywane najdrobniejsze szczegóły, jak choćby ile i jaką kupkę zrobiła :) Opiekunek jest dużo, jak na ilość dzieci, która tam jest, wszystkie z kwalifikacjami i doświadczeniem. W sumie mieliśmy szczęście, bo w grupie wiekowek Zosi było już tylko jedno, ostatnie miejsce. Od poniedziałku przez następne dwa tygodnie rozpoczynamy przysposobienie Zosi - codziennie będę ją tam zostawiała na godzinkę, żeby przyzwyczaiła się do miejsca, pań, dzieci, a jednocześnie żeby wiedziała, że mama po nią wróci. Wczoraj, kiedy zostawiliśmy ją na chwilę samą, najpierw bawiła się i oglądała wszystko z zainteresowaniem, ale za chwilę zaczęła potwornie płakać. Prawdopodobnie było to też kwestią zmęczenia, bo po powrocie do domu od razu padła, a może również ząbki dawały się we znaki. Boję się rozstań, boję się, że jeśli będzie płakała, to nie będę potrafiła zostawić jej tam i jechać do pracy... Wiem, że chyba wszystkie mamy oddające dziecko do żłobka czy przedszkola przechodziły przez to, więc i ja muszę. Damy radę!

Boję się, że tym symulowaniem choroby w pracy naprawdę nabawiłam się grypy. Kiepsko się dziś od rana czuję, Lempsip na razie jakoś pomaga. Chyba że to zwykła migrena, co po ilości stresu ostatnio nie byłoby niczymy niezwykłym... teraz kolacja i do łózka! Jutro rano mój dyżur wstawania z małą, ostatnie dwa dni Kocur wstawał, a ja mogłam jeszcze pochrapać troszkę...

W domu potworny bałagan - Kocur przywiózł wczoraj kuchnię - kupiliśmy używane meble i sprzęty kuchenne, po bardzo atrakcyjnej cenie. Meble ida do domku, bo tamte szczerze mówiąc rozpadały się ze starości, duża lodówka będzie u nas, a nasza do domku (też duża, ale trochę mniejsza), no i wreszcie będę miała zmywarkę! Długo się przed tym broniłam, bo uważałam, że naczyń po dwóch osobach nie ma aż tyle, żeby zapełnić zmywarkę, ale teraz chyba bardzo mi się przyda. Cena za wszystko bardzo dobra, zmywarka, lodówka nadal na gwarancji, więc to był chyba dobry zakup. Kocur tylko ma przy tym trochę roboty, a chory, ale jakoś daje radę...

Za tydzień przylatuje moja mama! Cieszę się bardzo i nie mogę się już doczekać. Zostanie u nas trochę ponad tydzień. Kurczę, ciężko będzie jej wyjeżdżać, kiedy spędzi trochę czasu z Zosieńką... Ale na razie jeszcze myślę tylko o tym, że przyjedzie. Nie była jeszcze tu u nas, nie widziała naszego domu, psa, siąsiedztwa, okolicy. Teraz zobaczy wszystko na własne oczy. I już tylko moja najmłodsza siostra będzie jedyną, która tego nie widziała, ale mam nadzieję, że niedługo też do nas przyleci :) Fajnie :)

Kolacja pyrkocze na palnikach (plastry wieprzowiny w sosie pieczarkowo - smietanowo - czosnkowym z ryżem), zjemy, a potem w podpoduchowo.... To byl długi dzień!

czwartek, 22 stycznia 2009

Przepraszam, a jednocześnie dziękuję, że się o mnie martwiłyście. Jest już dobrze, pomimo, że pomiędzy moim ostatnim wpisem, a dzisiaj zdążyło się już poprawić i napsuć tak, że ciągle jeszcze szczęka nie wróciła mi do normalnego położenia. Otóż ostatni mój wpis - znowu sprzeczka z Kocurem. Chyba się powoli przyzwyczajam, że takie już uroki naszego związku - jak dobrze, to jak w raju, jak źle, to gromy latają. W każdym razie między nami już dobrze, za to na innych frontach się pomieszało.

Nie wiem od czego zacząć, zacznę więc od początku. M zaczęła opiekować się Zosią dzięki temu, że Kocur pracował z jej mężem, R i tak się poznaliśmy. Potrzebowaliśmy opiekunki do dziecka, ona potrzebowała pracy, bo od ponad dwóch lta siedziała w domu, na utrzymaniu męża. Transakcja wiązana. Kryzys że jest, to już pisałam, w budownictwie nie ma pracy, więc kiedy nasi mężowie skończyli pracę w jednym miejscu, ich drogi się rozeszły. Na chwilę. Kocur od kilku miesięcy pracuje jako tzw. self - employed, czyli na własny rachunek. Na początku grudnia dostał zlecenie, które miało być małą robótką na tydzień, a okazało się być sporym zleceniem, które dopiero teraz kończy, o wartości trzykrotnie większzej, niż zakładał na początku. Potrzebował do tego zlecenia pomocnika, zaproponowal więc pracę R. R i tak nie miał pracy, a mimo to Kocur niemal musiał go prosić. Wstępnie umówili się na określona kwotę za tydzień dla R. W trakcie okazało się, że pracy jest dużo więcej, z czego tylko się cieszyć. Kiedy Kocur dostawał zaliczki, dzielil się z R po równo, szczególnie, że był okres świąt i oni też potrzebowali pieniędzy. Jednak ostatnio nie podzielił się już równo i wybuchła awantura. Kocur, zgodnie zresztą z ogólnie respektowaną zasadą, postanowił podzielić się z R w stosunku 60 - 40 %. To on dostał zlecenie, to on był odpowiedzialny za jego realizację, to on wykonal większą część pracy, to on znowu jako stolarz, ma wyższe stawki, niż wykończeniowiec, jakim jest R. Według mnie 'fair enough", jak to mówią Irlandczycy. Wedłu R i M jednak nie. M obrażona, niemiła, zaczęła uskuteczniać jakieś drobne złośliwości, typu brudna pielucha z kupą zostawiona na łóżku, zachlapana podłoga itd. Bardziej mnie to śmieszyło, niz złościło, ale kiedy dzień po nocy, podczas której spałam 2 godziny (Zosia chora, Kocur chory), musiałam zasuwać z mopem i odklejać landrynki spod stołu, trochę się jednak zdenerwowałam. Wczoraj rano delikatnie, naprawdę deliktanie, kulturalnie i spokojnie, zwróciłam jej uwagę, że mogłaby po sobie sprzątać. Do tej pory owszem, zmywała po sobie, dziewczynkach i nawet po naszym śniadaniu naczynia, czasami odkurzyła podłogę i rozwiesiła mi pranie, jeśli ją o to poprosiłam, ale jej mała robiła potworny bałagan! Wszędzie okruchy, ciastka, resztki gdzieś pod stołem. Nie zwracałam jej uwagi, bo nie widziałam sensu, ale różnica pomiędzy tymi dniami, kiedy byłam w domu sama z Zosią, a kiedy ona zajmowała się Zosią, była znaczna, jeśli chodzi o bałagan. W każdym razie wczoraj rano, na moje uwagi, usłyszałam, że jak ja w ogólę smiem jej zwracać uwagę! A potem to już poszło.... Kobieta zdecydowanie nie potrafi panowac nad swoimi nerwami i swoim językiem... Usłyszałam, że ich okradliśmy, że Kocur jest złodziejem. Usłyszałam, że zachowujemy się jak dzieci, że jesteśmy jak dzieci (to a'propos naszych kłótni), że ona musiała wysłuchiwać jak jej się żalę na Kocura (a powiedziała to specjalnie przy Kocurze właśnie)... Padło jeszcze kilka rzeczy. Zapowiedziała, że od następnego dnia nie zajmuje się już Zosią. Odpowiedziałam jej więc, że jeśli zostawia mnie na lodzie w ten sposób, to niech nie liczy, że zapłacę jej za te dwa dni. No to spakowała się od razu. Kilka dni wcześniej zapowiedziała mi już, że od lutego może nadal zajmować się Zosią, ale u siebie w domu (którego nota bene jeszcze nie kupili i nie wiadomo kiedy dostaną do niego klucze), my będziemy jej płacić tyle, ile do tej pory, ale ona weźmie pod opiekę jeszcze jedno dziecko. Na takie warunki nie mogliśmy się oczywiście zgodzić, ponieważ nie wierzę, że byłaby w stanie dobrze zaopiekować się swoją rozpuszczoną córką, dwojgiem innych dzieci, a przy okazji jeszcze obowiązkami domowymi. Na szczęście tuż za rogiem jest żłobek i mieli miejsca, więc Zosia idzie do żlobka. Będziemy płacić tyle, ile płaciliśmy M, godziny pracy dokładnie takie same, jedna opiekunka przypada tam na troje dzieci, a do tego zapweniają wyżywienie. Zosia będzie przebywać z innymi dziećmi, będzize się uczyć, a przede wszystkim nauczy się angielskiego. Są oczywiście wady żłobka, ale w tej chwili i w obecnej sytuacji bardzo się cieszę, że tak udało się to rozwiązać.

Cała ta sytuacja kosztowała mnie dużo nerwów. Analizowałam ją z każdej strony i na wszelkie możliwe sposoby. Nie uważam jednak ani żebyśmy ich okradli, ani żebyśmy ich wykorzystali, wręcz przeciwnie. Gdyby nie my, to M nie miałaby żadnego dochodu, a tak od września zarabiała 200 euro tygodniowo. Owszem, jeśli ja nie szłam do pracy, albo Kocur nie pracował i nie przyeżdżała do pracy, nie płaciliśmy jej, więc ten dochód nie był zupełnie stały. Jednak nie zarabiałaby nic, albo gdyby znalazła inną pracę, musiałaby sama poszukać opiekunki do dziecka i zarabiałaby znacznie mnie. O ile nzlazłaby w ogóle cokolwiek, bo nie mówi po angielsku. Zdarzało się, że musiałam zwalniać się z pracy albo symulować chorobę, bo jej dziecko było chore/musieli oboje jechać z małą do lekarza (jakby jedno z rodziców nie wystarczyło) itd. Ja też nie mogłam więc na niej do końca polegać. Jeśli chodzi o opieke nad Zosią, to byłam zadowolona. Owszem, miała uwagi, ale tam, gdzie dwie matki, tam trzy różne poglądy na wychowywanie. Jej bezstresowe wychowanie dziecka, albo karanie również Zosi za to, że Ola zabierała jej zabawkę, nie podobały mi się, ale nigdy tego nie skomentowałam. Przymykałam też oczy na to, że Ola biła, popychała i dokuczała Zosi. Plus z tego taki, że Zosia już nie pozwala sobie wchodzić na głowę. Ogólnie jednak byłam zdowolona z jej opieki nad Zosią. Wczoraj próbowała mnie sprowokować, mówiąc, że pewnie źle to robiła, ale odpowiedziałam jej, że gdyby tak było, juz dawno bym jej podziękowała.

Straciliśmy więc dwójkę znajomych i naprawdę nie widzę powodu, dla którego tak powinno być. R dzieki Kocurowi zarobił więcej, niż gdyby w tym samym czasie zarobił w agencji, Gdyby pracował oczywiście, a raczej w to wątpię. Zasiłek załatwia się teraz kilkanaści tygodni, więc nie mieliby żadnych dochodów. Sami wynajmowali dom za 1400 euro i kazali chłopakowi, który z nimi mieszkał płacić za jeden pokój 600 euro. Ich rodzina miała dla siebie 3 pokoje. Ale to my ich okradliśmy, to Kocur jest złodziejem. Tak sobie myślę, że sa ludzie, którzy nie potrafią docenić, uszanować tego, co dostają, chca tylko więcej i więcej. A kiedy tego nie dostają, rzucają wszystko i zostają na lodzie. Teraz ani R, ani M nie mają pracy. R dostanie jeszcze pieniądze kiedy zamkną projekt, ale zostało tego już niewiele. Zakup domu im się przeciąga, bank wymyśla jakies kolejne probelmy, brooker nie potrafi albo nie chce się tym zająć. Nie życzę im ego, ale zastanawiam się, czy w ogóle uda im się sfinalizować kupno domu. Więc po co to wszystko? Ja nie twierdzę, że jeśli ktoś jest w cięzkiej sytuacji, jak oni, to ma zgadzać się na wszystko, pozwalać innym się wykorzystyawć, ale przecież my ich nie wykorzystywaliśmy, nie traktowaliśmy nie fair! Moźe stawka godzinowa M nie była nawet minimalną, ale biorąc pod uwagę, że zajmowała się również swoim dzieckiem, można ją spokojnie pomnożyć razy dwa i wtedy okazuje się, że zarabiała więcej niż ja tygodniowo. O co więc chodzi? Czy to my jesteśmy już tak wypaczeni, że myli nam się granica między uczciwy - nieuczciwy? A może to im się coś pomieszało? Ja uważam, że jednak to drugie...

W domu szpital, Kocur chory, Zosia chora, ma strasznie zapchany nosek. Czyścimy jej go, ona płacze i krzyczy, ale jest coraz lepiej. Dwie noce temu spałam tylko dwie godziny, bo ciągle się budziła - nie mogła oddychać przez nos. Kolejne dwie noce były juz coraz lepsze. Dobrze z kolei, że Kocur pracuje dla siebie, więc może trochę chorować, choć i tak stara się jeździć do pracy, żeby wszystko jak najszybciej skończyć. Ja jakoś się jeszcze trzymam, i niech tak zostanie, grypa w ciąży byłaby bardzo niebezpieczna dla maleństwa. A maleństwo jest bardzo duże i bardzo mocno kopie :) W sobotę jedziemy na USG i może ukaże się naszym oczom co tam chowa między nózkami :) Czy będzie Marysia (?), czy może Kacper(?)?

 

środa, 14 stycznia 2009
Nie mam dzis siły pisać, wyrzucać z siebie całego stresu... Powiem tylko tyle, że takie dni, jak dziś, odbierają mi całą siłę, radość, ochotę na cokolwiek... Za dużo stresu, za dużo zmartwień, za dużo nerwów. Dobrze, że kiedy wracam do domu i Zosia tak mocno obejmuje mnie za szyję i przytula się do mnie, i całuje mnie, wszystko odplywa i liczy się tylko ona. Teraz posiedzę trochę przy jej łóżeczku, posłucham jak oddycha, pogłaszczę ja po głowie i pójdę spać trochę spokojniejsza. Bardzo proszę, niech jutro będzie lepsze, niż dziś!!! ...
niedziela, 11 stycznia 2009

Pisałam niedawno jak to nasz lokator, Marcin, został zatrzymany przez policję za prowadzenie samochodu po pijaku. Po wszystkim zaklinał się, że "już nigdy więcej!" itd. To "nigdy więcej" nie potrwało długo... Wczoraj wróciła z Polski jego kobieta, odebrał ją koło północy z lotniska i pojechali prosto na impreżę. Dzisiaj wpadł do nas po zapasowy klucz do domku, bo jego kobieta została jeszcze na imprezie z kluczem, a on po coś przyjechał. Był na bani! Zionęło od niego alkoholem na kilometr, ale to nie był smród wczorajszy, bo nie mówił też jak trzeźwa osoba. Pomijam już fakt, że 19-go czeka go rozprawa w sądzie za ostatni raz, że gdyby teraz go złapali, to naprawdę miałby przehclapane, ale do cholery! Jakim nieodpowiedzialnym idiotą trzeba być, żeby jeździć po alkohou?! Jak mało wyobraźni ma taki idiota?! Pogoda paskudna, leje, wieje, szaro, więc to już zwiększa niebezpieczeństwo na drodze. Nie trzeba tam jeszcze pijanego wariata! Według mnie, osobom złapanym za jazdę po p alkoholu, powinno się od razu i definitywnie zabierać prawo jazdy. Wsiadł za kółko raz? Wsiądzie i drugi. Przeciez po kilku piwach niektórzy stają się kuloodporni, więc i za kierownicą robią się z nich mistrzowie Formuły 1. Oprócz odebrania prawa jazdy, dotkliwe kary, a przy kolejnym prowadzeniu pod wpływem, nawet więzienie na jakiś czas. Marcin i tak nie ma prawa jazdy, więc nie mają mu już czego zabierać, ale gdyby dostał w kośc, to może by zmądrzal troche.

Generalnie jeśli chodzi o moje poglądy w kwestii wieziennicta, kar itd., to jestem dosyć radykalna. Nie będę się tutaj jednak teraz zagłebiała w tę kwestię. Sądzę jednak, że ma świetny pomysł na usprawnienie procesu resocjalizacji - ciężkie prace fizyczne. Kamieniołomy, to jest jeden pomysł. Jeden z drugim , jak się cały dzień nazasuwają, nie będą już mieli wieczorem siły na głupie myśli i uczenie się różnych "praktycznych" rzeczy od kolegów. A poza tym dlaczego niby mam płacić za utrzymanie ludzi, którzy łamią prawo, krzywdzą innych? Niech sami na siebie zapracują.

Ech, wkurzona jestem, bo taka głupota i bezmyślność, jak w przypadku Marcina, doprowadzają mnie do szału!

środa, 07 stycznia 2009
Za oknem słońce,  choć zimno bardzo. Przyjemna taka pogoda, tylko śniegu mi brakuje. Zosia właśnie zasnęła (najpierw pokazała mi paluszkiem, że chce iść na górę). W głośnikach jazz, w kubku gorące kakao, na talerzyku ciastko francuskie (trochę spieczone, bo za długo w piekarniku trzymałam...). Gdyby tak całe życie mogło wyglądać: zero stresów, spokój, cisza, miły nastrój, dobra muzyka... Żeby nigdzie się nie spieszyć, cieszyć drobiazgami, rozkoszować przyjemnościami. Może wtedy jednak nie potrafilibyśmy doceniać takich chwil? Piękno lub brzydotę najlepiej widać w kontraście z brzydotą lub pięknem. Widocznie muszą być dni szarpaniny, w biegu, w nerwach, żeby potem takie proste rzeczy, jak smak kakao mogły sprawiać mi taką radość :)
wtorek, 06 stycznia 2009

nie, nic powaznego się nie dzieje - po prostu moja miednica się rozszerza (bo dziecko rośnie, co widać po zaskakującej jak dla mnie wielkości brzucha...), naciska jakiś nerw i strasznie mnie cztery litery bolą. To tak trochę kolokwialnie, a tak naprawdę to bolą mnie pośladki, te ich części kostne, a w prawej nodze ból dochodzi czasami aż do pięty. To nic nadzwyczajnego, doscyć częsty przypadek podczas ciąży. W każdym razie była dziś u lekarza i dostałam zwolnienie na tydzień, do pracy wracam dopiero we wtorek. I jest cudnie, spędzam czas z Zosieńką , codziennie dzieje sie coś nowego, ale... no tak, mój kręgosłup nie odpoczywa zbytnio... Zosia, kiedy zmęczona, podchodzi do mnie, wspina się na moje nogi i przytulona do moich kolan wyciąga rączki, żeby ją w objęcia wziąć. I jak mam jej wytłumaczyć, że mnie boli? Dużo rozumie, ale tego chyba jeszcze nie zrozumie :(

Wczoraj rano, kiedy Kocur pojechał do pracy, Zosia obudziła się i zdziwiona mówi: "Mama! Tata?" Kocur był w domu od Sylwestra i przyzwyczaiła się do jego nieobecności, więc kiedy zabrakło go rano, niemal zapytała "A gdzie tata?". Popołudniu, mniej więcej od godziny 16 co jakiś czas "biega" do okna, staje w nim (parapet jest na tyle nisko, że główka jej wystaje ponad) i woła "Tata! tata!". A dziś, kiedy zapytałam "Gdzie jest tata?" (stała woknie), pokręciła główką, że nie ma taty. Potrafi już pięknie paluszkiem pokazać co chce: czy ciastko, czy soczek, a wczoraj pokazała na słoiczek i kiwnęła głowką na tak, że będzie jadła obiadek :) Wieczorem w wannie, po pierwszych minutach i zabawie z pianą, staje, wyciąga rączki i woła o szczoteczkę do zębów. Mycie zębów raczej kiepsko nam jeszcze wychodzi, kilka szurnięc i muszę jej oddać szczoteczkę. Ale pilnie ćwiczy sama :) Coraz ładniej już też sama je - poranną porcję paróweczek pokrojonych w plasterki, pochłania nabijając je na widelczyk. A dziś popołudniu zrobiła mi awanturę, że sama chce deserek łyżeczką jeść, więc z moją pomocą ładnie jadła łyżeczką. Rozwija się niesamowicie, przecież nie tak dawno jeszcze nosiłam w sobie ten słodki ciężar! Teraz to już mała pannica z charakterkiem, a w brzuchu drugi słodki ciężar :)

Drugie maleństwo zaczęło wykonywać wyczuwalne ruchy :) Kopie mnie delikatnie gdzies w okolicy pępka, albo trochę poniżej. Poza tym brzuch mi rośnie jak szalony, do 5go grudnia nie było jeszcze nic widać, a teraz, miesiąc później, mam mały bębenek. A to już prawie półmetek! Zaczął się 19ty tydzień, termin mam na 6go czerwca, więc dziś zaczął się 5ty miesiąc! Nie wiem kiedy to zleciało. Ciąża z Zosią niemiłosiernie mi się dłużyła, miałam wrażenie, że poród zamiast się zbliżać, oddala się. Tym razem jest inaczej - Zosia zabiera tyle uwagi, czasu i zaangażowania, że na liczenie dni nie ma już ani siły, ani czasu. Tylko głaszczę się po brzuszku, opowiadam maluchowi o Zosi, a Zosi o maluszku, jaki niedługo pojawi się w naszej rodzinie. Mam nadzieję, że nie będzie zbyt zazdrosna...

Zosia padła dziś znów bardzo wcześnie (mało spała w ciągu dnia), naczynia do umycia i kanapki do zrobienia, ale najpierw, dopóki jeszcze mam w miarę jasny umysł, pouczę się trochę, bo w ciągu dnia nic nie udało mi się prawie przeczytać. Miłego wieczoru!

poniedziałek, 05 stycznia 2009

Monika zrobiła je Zosi w ostatni dzień 2008 roku, Są śliczne! Mam nadzieję, że się nie obrazi, że je tu umieszczam :) W razie czego zdejmę je jutro :)

Night rider?

Króliczek :)

 

 

Z guzem na czole - to ostatnio norma :)

 

Spokojny, cichy wieczór... Nastrojowe światło, nastrojowa muzyka, dom posprzątany (no, prawie...), kanapki dla Kocura na jutro zrobione, naczynia schną na suszarce... Zosia śpi już od kilku godzin, Kocur na górze, ja na dole. Uczyłam się do ostatniego egzaminu (to już w sobotę), w tle delikatna muzyka - jazzowe wersje znanych utworów pop i rockowych (np. "Purple rain", "Creep", "Should I stay or should I go" etc., kapitalna kompilacja!). Chwila przerwy. Rozglądam się dookoła. Fajny msmy ten dom, przyjemnie tu, szczególnie kiedy i mój nastrój taki przyjemny, pozywtywny...

Zastanawiam się kiedy to się stało? Kiedy staliśmy się prawdziwie dorosłymi ludźmi? Odpowiedzialnymi, z poważnymi planami na przyszłość. Kiedy stowrzyliśmy prawdziwą rodzinę, dom? Jeszcze niedawno organizowałam imprezy i tamta praca była całym moim życiem. Mój ówczesny styl życia przez niektórych pewnie zostałby nazwany niehigienicznym. Kiedy wszystko tak bardzo się przewartościowało? Owszem, zawsze chciałam mieć rodzine, męża, dzieci, dom, jednak nigdy nie sądziłam, że stanie się to tak... jakoś naturalnie, po prostu przyjdzie i będzie i już. Teraz zastanawiam się nad naszymi finansami, ubezpieczeniem na życie, ubezpieczeniem zdrowotnym, oszczędnościami, wydatkami (do czegoś widać przydają mi się te studia i praca ;) i łapię się na tym, że jeszcze niedawno myślałam w kategoriach "przecież mi nic złego się nie stanie". Teraz myślę o tym, jak zabezpieczyć moją rodzinę na wypadek jakiegoś nieszczęścia. Nie, nie panikuję, nie nastwaiam się na najgorsze, po prostu myślę na co się zdecydować, żeby spać spokojnie. Drastyczna zmiana w stosunku choćby do roku 2004!

I dobrze mi takiej... Dobrze czuję się w roli matki, żony, "speca" od finansów. Czasami jeszcze przez chwilę mam wrażenie, że to nadal zabawa w dom (miałam takie odczucia na pocztaku naszego bycia razem z Kocurem), ale szybko wracam do rzeczywistości, szczególnie kiedy spojrzę na mojego szkraba :) I całkiem podoba mi się  ta rzeczywistość, ten "brutalny" realizm...