Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Kategorie: Wszystkie | inne | Marysia | Muzyka | podróże | zdjęcia | Zosia | Zosia i Marysia | życie
RSS
piątek, 16 stycznia 2015

Tryskam ostatnio energia, ciagle usmiechnieta, rozesmiana. Barman w barze nazwal mnie "Smiley", zwracajac na mnie uwage wszystkich przy barze, zachwycajac sie, ze taka usmiechnieta i czy tak samo wygladam w poniedzialek rano? A pewnie, ze tak! Tak wiec jestem sobie Smiley i dobrze mi z tym :)

Za miesiac przylatuja do mnie siostry, obydwie. Jedna z nich nie byla tutaj juz ponad 7 lat, nie widziala jeszcze nawet mojego domu. A w kwietniu na 30-te urodziny najmlodszej z nas, lecimy we trzy do Barcelony! na 4 dni! Ciesze sie jak glupi bateryjka! To skarb miec takie siostry i byc z nimi tak blisko.

W pracy niespodzianka: znow nagrode dostalam. 11go lutego minie 2 lata, kiedy zaczelam tu pracowac (kiedy to zlecialo?! 2 lata?!), a to moja czwarta nagroda. Srednio co pol roku mnie tak ladnie doceniaja finansowo. Ustnie czy pisemnie nawet czesciej :) 4 miesiace na nowym stanowisku (juz nie takie nowe...), a ja to ciagle uwielbiam, wrecz coraz bardziej kazdego dnia. Chociaz zdarzaja sie dni, kiedy nie pamietam jak sie nazywam, ale takie tempo, taka intensywnosc, to moj zywiol. Duzo z siebie daje, ale pochwala, w jakiejkolwiek formie, dziala na mnie motywujaco. Wiedza co robia! :)

Jestem szczesliwa. Kurcze, dwa lata temu dalam sobie rok, zeby znowu byc szczesliwa. Zajelo mi to troche wiecej, niz rok. Ale jestem :)

15:34, zaba791
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 stycznia 2015

2014 rok: podjelam decyzje o rozwodzie. Co wiecej, tym razem bylam konsekwentna - zlozylam pozew. 18go listopada odbyla sie rozprawa w Plocku. Trwala okolo pol godziny. Sad poprosil mnie o przedstawienie sytuacji, zadal kilka pytan. Zabraklo potwierdzenia, ze K wiedzial o terminie rozprawy (mimo tego, ze ustosunkowal sie do pozwu i zgodzil ze wszystkim, ale oddzielnego papierka nie bylo), wiec odroczono wydanie decyzji do 2go grudnia. K napisal oswiadczenie, ze wiedzial, wyslalam do sadu. 2go grudnia dostalismy decyzje o rozwodzie. W przyszlym tygodniu wyrok powinien sie uprawomocnic. Wtedy tez wroce do panienskiego nazwiska (wniosek zlozony juz w USC). Bede juz 100% rozwodka.

Swieta w Polsce - snieg, mroz, slonce. Ale przede wszystkim rodzina, spokoj, relaks, smiech. Nawet to, ze K w Wigilie na facebook'u umiescil zdjecia ze swoja zakrwawiona twarza (ktos go gdzies pobil), podpisujac, ze ja kogos na niego naslalam i nie pozwolilam mu nawet z dziecmi porozmawiac (nieprawda), nie popsulo mi nastroju. Nastroj popsul mi dopiero Sylwester, kiedy pil z debilem, ktory wynajmuje ode mnie domek na podworku (ostatni tydzien juz), przylazil do mnie co chwile i szukal powodu do awantury. Po 3 rano przyszedl z twarza zbita na miazge, zlamanym nosem, zakrwawiony... Jak glupia opatrzylam go, pomoglam mu sie umyc i pozwolilam spac na kanapie. Rano wygonilam go zanim dzieci mogly go zobaczyc. Nie wiem co sie stalo, nie wnikam, ale pobili sie z debilem.

Dzisiaj z nim rozmawialam (dzieci na imprezie urodzinowej, bo dopoki nie zejdzie mu z twarzy opuchlizna i siniaki, ma sie dzieciom nie pokazywac). 26go stycznia jest sprawa w sadzie w sprawie berring order (zakaz zblizania sie do mnie). Pewnie go nie dostane, bo ciezko jest to zdobyc, a ja nie mam dowodow (nawet nie zapisalam jego wpisow na fb, bo nie pomyslalam, z on to pozniej usunal), ale moze przynajmniej przedluza mi protection order. Niedawno stwierdzil, ze nie ma zadnych obowiazkow w stosunku do dzieci, bo ja musze "zaplacic za to, czego sie dopuscilam". Powiedzialam mu dzisiaj, ze w takim razie niech zrzecze sie praw rodzicielskich. Nie placi alimentow, nie zajmuje sie nimi (owszem, odwiedza je prawie codziennie, wpada na chwile, posiedzi z nimi troche i jedzie), wiec  niech sie zrzecze. Albo niech zacznie sie nimi zajmowac. Zobaczymy.

Ale wiecie co? Bedzie dobrze. Pierwszy duzy krok za mna - jestesmy rozwidzieni. Ja odzylam. Jestem spokojniejsza, dzieci sa spokojniejsze, jestesmy szczesliwsze, radosniejsze. W pracy mi swietnie idzie, mam super szefowa, ciekawa prace, ktora daje mi satysfakcje. Wychodze potanczyc, spotykam sie z ludzmi. Nie szukam faceta, zwiazku, dobrze mi samej. Mam coraz wiecej znajomych. Od lat nie bylam taka szczesliwa. I nawet Sylwester (a dzialo sie jeszcze wiecej, niz chce mi sie pisac), zaburzyl moj spokoj tylko na chwile.

Tak wiec Szczesliwego Nowego Roku! Oby 2015 byl jeszcze lepszy niz 2014!

16:57, zaba791
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 października 2014

K wyprowadzil sie dokladnie dwa tygodnie temu. Podobno go oszukali z mieszkaniem, stracil mieszkanie, nie mial sie gdzie podziac, wiec wyladowal u swojej Kasi. Przez ten tydzien bylam taka spokojna, taka szczesliwa! Dzidka bardzo pomaga mi w zajmowaniu sie dziewczynkami i domem, dzieki temu mam dla dzieci wiecej czasu i sily.

W poniedzialek spedzilam caly dzien z Zosia w szpitalu - miala usuwane migdalki. Niby drobny i szybki zabieg, ale i tak sie denerwowalam, a dla niej to byl jeszcze wiekszy stres. We wtorek... K wrocil. Oznajmil, ze "tak wyszlo" i zatrzyma sie u nas do 15go. Ma podobno pokoj do wynajecia. Co mialam zrobic? Nie moge mu zabronic wejsc do domu, ktorego prawnie jest nadal wlascicielem. Ale zaczal sie na mnie wydzierac, wyzywac mnie, dziewczynki zbiegly z gory z placzem i krzykiem "nie klocicie sie!", prosilam, zeby przestal, a on dalej wrzaski... Udalo mi sie je jakos uspokoic, ale w nocy Zosia sie posikala (juz jej sie to nie zdarza), obie wyladowaly u mnie w lozku w nocy (a Marysia przez ostatni tydzien przestala do mnie juz przychodzic). K stwierdzil, ze tak latwo z rozwodem wcale nie bedzie. On nie chce bez orzekania o winie, chce, zeby bylo tylko z mojej winy i zebym poniosla cale koszty. W dodatku domaga sie ode mnie jakichs blizej niesprecyzowanych pieniedzy, bo zostawiam go z niczym. Nie wiem, czy blefuje (jak powiedziala pani prawnik, nie zdarza sie, zeby sad uznal calkowita wine tylko powodki, ktora zlozyla wniosek, jesli juz, to bedzie to obopolna wina, tylko zajmie to wiecej czasu i bedzie kosztowalo wiecej pieniedzy), czy naprawde wierzy, ze mu sie to uda. On wie, ze ja raczej unikam konfrontacji, chociaz z pozoru jestem silna baba, wie ile nerwow mnie to kosztuje. Ale nie spodziewa sie, do czego jestem zdolna, jaka jestem zdeterminowawna, jesli mnie ktos przycisnie do muru. To ja zostaje z dziecmi, kredytami i obowiazkami. To on moze bez obciazen zaczac nowe zycie. To ja od kilku miesiecy place wszystkie rachunki, to ja utrzymuje nasza trojke z jednej pensji, on ma na swoje wydatki, bo nawet jeszcze nawet czynszu nie placi. Sprawe majatkowa bede zalatwiala tutaj i na szczescie dla mnie, sady staja po stronie matki z dziecmi, a nie ojca. Moze sobie wiec mnie straszyc.

Zeby nie byc goloslowna poszlam dzisiaj do sadu (Family Court) i poprosilam o Protection Order. Dostalam od reki. Teraz jesli zacznie sie awanturowac, grozic mi, czy juz w ogole podniesie na mnie reke, dzwonie na policje i idzie do wiezienia. Bez dyskusji. Nie bylo to mile przezycie opowiadac komus o tym, co sie dzieje w domu, jak on sie zachowuje. Ale pan (clerk) powiedzial, ze wlasnie wykonalam najgorsza czesc - przyszlam z tym do nich. Teraz bedzie juz latwiej. W styczniu rozprawa o barring order - czyli zakaz zblizania sie do mnie czy nawet obserwowania mnie. Na razie jeszcze nie moge go usunac z domu, ale jesli bede zmuszona, to to zrobie. I nie zawaham sie przed tym. Powiedzialam mu, ze mam protection order, kiedy zaczal sie ze mnie smiac, czy juz sie zorientowalam, ze nic nie moge mu zrobic, tylko mu "naskoczyc". Spokojnie powiedzialam, ze wlasciwie to wlasnie dzisiaj zalatwilam protection order, wiec niekoniecznie. Jego kopia przyjdzie w przyszlym tygodniu poczta.

Po wizycie w sadzie spotkalam sie z moim bylym klientem z banku, tez prawnikiem, znanym w calej Irlandii, ale od mediow i prawa pracy. Nie widzielismy sie jakies dwa lata. Jak on sie usmiechnal, jak mnie zobaczyl! Siedzial przez te pol godziny, gapil sie na mnie z usmiechem i powtarzal jak niesamowicie wygladam, jak sie zmienilam, jak jasnieje. A bylam po kilku godzinach ostrego stresu i z poczatkami migreny. Porozmawialismy, posmialismy sie, zrelaksowalam sie, wypilam czekolade. Bardzo fajny facet, pomogl mi juz kilka razy, moglam sie chociaz kawa odwdzieczyc.

Wygladam tak, jak wygladam, bo podjecie decyzji o rozwodzie i podjecie w tym kierunku krokow bylo prawdopodobnie najlepsza dezycja z moim zyciu prywatnym. Duzo jeszcze przede mna ciezkich chwil, ale bedzie dobrze. Dam rade. Poradze sobie ze wszystkim sama, ale mam tez niesamowite wsparcie rodziny (wlaczajac w to moja tesiciowa, czyli matke K!) i przyjaciol.

Zosia powiedziala wczoraj do K: "dlaczego ty znowu u nas mieszkasz? przeciez nie powinienes! dlaczego nie wyprowadzisz sie do kolegi?". Marysia odwrotnie, ciagle tylko "tata! Tata!", na mnie jest zla, wiec jest w stosunku do mnie niegrzeczna. Martwie sie tym, ze Zosia za bardzo w sobie wszystko dusi, martwie sie zloscia Marysi. Ale z tym sobie tez poradze. Potrafie Zosie rozsmieszyc (przed zabiegiem tak jak rozsmieszylam, ze nawet przy wkladaniu welfronu chichotala), a w sotsunku do Marysi potrafie byc stanowcza. Bedzie dobrze!

 

23:20, zaba791
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 września 2014

Czwarty dzien tygodnia. Drugi pelny tydzien dojezdzania 80-pare kilometrow w jedna strone do pracy, wiec lekko padam na pysk, ale co tam. Po pracy Ikea - trzeba bylo w koncu lozko dla pani Dzidki kupic, bo jutro w nocy przyjezdza. Mam nadzieje, ze teraz juz gdzies tam pedzi do nas ze swoim psem i jutro zawita w nasze progi. Lozko kupilam, materac tez. Niestety zapomnialam o tych drewienkach, na ktorych sie potem materac kladzie... a co tam, jutro znowu mialam pojechac, po szafe tym razem, to wezme. Przy okazji jeszcze pewnie kilka koniecznie potrzebnych rzeczy, Ikea tak ma!

No i news dnia: K sie w cholere wyprowadzil. Tzn. zabral kosmetyki, zostawil cala reszte i syf, ale na noc juz dzisiaj nie przyjezdza. Trzymajcie kciuki, zeby to juz tak naprawde i na pewno bylo! Do trzech razy sztuka, nie? Dziewczynki? Zosia rano juz pytala, czy tata dzisiaj wyjezdza, ale bardziej zeby stwierdzic fakt, niz z emocjami. Mani sie wieczorem przypomnialo, kazala mi do niego dzwonic, ale nawet lezki nie uronila. Radosne sa, usmiechniete. Nie odczuja specjalnie jego nieobeznosci, bo i tak z nimi czasu nie spedzal. A jesli odczuja to przez to, ze w domu bedzie spokojniej.

Przyczepil sie do mnie taki jeden... Trzy lata temu go poznalam, w trakcie slawetnej rozprawy w Small Claims Court o murek. Pozniej raz sie na lunch spotkalismy, odzywal sie co kilka miesiecy na komunikatorach, ale czasami takie glodne kawalki sypal, ze przewaznie kazalam mu isc pobiegac. Odezwal sie znowu w wakacje i tak sobie pisalismy co kilka dni. Wczoraj pyta, czy mam chwilke wieczorem i czy nie chce sie spotkac. Oczywiscie najchetniej, zebym do niego przyjechala. Zadzieram kiece i lece! Spotkalismy sie na godzine w restauracji, ja wypilam herbate, on czekolade, nogi mi zmarzly. Facet 41 lat na karku, dobre stanowisko,  pewny siebie, a taki biedny zestresowany byl!!! Ale przyznam, ze okazalo sie, ze jak te glupie gadki wylaczy, to naprawde fajny facet! Rozmieszyl mnie kilka razy, opowiedzial mi o tacie (zdiagnozowano u niego chorobe, na ktora powoli umiera, wiec staraja sie spelnic jego marzenia - a to lot szybowcem, a to samochodem wyscigowym, a to jakis rejs...), bylo naprawde przyjemnie! I od wczoraj mysli o mnie ciagle, zasypuje mnie stosem pytan o moje oczekiwania wzgledem faceta (a teraz mam juz liste przygotowana, latwo nie bedzie!), pisze mi o swoich, i ogolnie rozpoczal intensywna kampanie marketingowa swojej skromnej osoby. Na koniec dnia jeszcze poszedl krew oddac... Mysle, ze robi to ze wzgledu na darmowa czekolade, ale on sie wypiera :) Ja jeszcze rozwodu nie mam, maz dzisiaj sie wyprowadzil, a ten juz umowe niemal chce ze mna spisywac! Spotkac sie w sobote. Spotkac to sie chetnie spotkam, ale na pewno nie u niego w domu! Moj drogi panie, takie masz szczescie, ze kolejny facet po moim mezu, to juz sie bedzie musial niezle postarac! Lista wymagan jest dluga i moze kilka punktow na niej teoretycznie zaliczyles, ale duzo jeszcze zostalo :)

A tak w ogole, to mam dobry humor :) Bo dziewczynki przyjely wyprowadzke K z ulga chyba, niemal taka, jak ja. Beda wreszcie wiedzialy na czym stoja, a ja powoli powoli ustabilizuje jeszcze to nasze zycie :) I bedzie fajnie :)

23:11, zaba791
Link Komentarze (5) »
środa, 24 września 2014

Weekendy jak zwykle sa interesujace. K ma wiecej czasu, wiec stara sie dostarczac mi przezyc. W poprzedni weekend obiecal mi pomoc przy pokoju, oczywiscie zrobil jakies minimum, ale oczekiwal, ze bede go blagac o pomoc, a ja nie bede. Zostal mi ostatni weekend na przygotowanie pokoju - pomalowanie do konca, kupienie i zlozenie mebli, zrobienie czegos z podloga (K sam zaoferowal pomoc). W sobote mial to robic, ale wolal grac na komputerze, a potem pojechal na randke. Mial wrocic w niedziele i wziac sie do roboty. 11:30 rano, pytam kiedy bedzie. Za godzine. Tak wiec czekalam jak glupia przez caly dzien, do 17 (!), zeby wrocil. Nie pojechalam po meble, bo przeciez moze w kazdej chwili wrocic i zajmie sie dziecmi (dzieci i meble nie zmieszcza sie razem do samochodu). Nie wspomne juz o tym, ze od dwoch tygodni nie placi mi alimentow na dzieci, bo musial samochod kupic, musi miec tez na alkohol i wyjscia z nowa dziewczyna. Ja sobie przeciez poradze. Gdyby jeszcze tylko docieralo do niego, ze to sa pieniadze dla dzieci, a nie dla mnie... W kazdym razie wsciekla bylam jak osa jak wrocil, a on z tym oblesnym usmiechem, ze nie spal cala noc i ze "tym razem" pomyslal o swoich potrzebach najpierw. Tyle jest wazne jego slowo, jego obietnica. Jesli w gre wchodzi alkohol, komputer albo dupa, to nic innego sie nie liczy. Nawet dzieci. Jak go nie bylo, wynioslam wszystkie jego rzeczy z pokoju, zeby moc wstawic meble. Matko jaka awantura byla! Wniosl wszystko spowrotem, walac biurkiem po scianach, grozac ze teraz to sie nie wprowadzi, darl sie jak oszalaly, dzieci plakaly, a ten nie chcial przestac. Zaczal wykrzykiwac, ze "mama nog nie potrafila razem trzymac" i takie tam... do dzieci oczywiscie. Zosia byla spokojna, ale Marysia plakala i nie moglam jej uspokoic.

W poniedzialek mial sprawe w sadzie, po tym jak kilka miesiecy temu policje wezwalam. Rozeszlo sie po kosciach, bo policjant nie zapisal w protokole ile mial alkoholu we krwi i musial wycofac dwa punkt z oskarzenia. K troche rozczarowany, bo chcial sie mscic na policjancie, "na zielona trawke" go wyslac. Jak zwykle mocny w gebie. Kolo poludnia byl juz w domu, wiec poprosilam, zeby moze troche czasu z dziecmi spedzil, bo ostatnio w ogole tego nie robi. Powiedzial mi, ze nie chcialy, wolaly na plac zabaw jechac. Wrocilam z pracy ok. 18, dziewczynki z placzem, ze nie chcialy na plac zabaw (zmeczne byly, bo do pozna siatkowke ogladalysmy). Sasiadka powiedziala, ze siedzial na podworku i pil z lokatorem, wiec nie chciala ich z nim zostawiac. Potem znowu randka, wiec z dziecmi nie spedzil czasu wcale. Klamca, wstretny klamca!

Teraz niby ma sie jutro wyprowadzic, ale nie uwierze, dopoki nie zobacze. Pani Dzidka jutro w poludnie wyjezdza, powinna dojechac w piatek w nocy. Bede miala kilka godzin po pracy w piatek, zeby kupic lozko, materac i szafe, przywiezc do domu i zlozyc. Nie wiem jeszcze co z podloga zrobie... samo polozenie dywanu nie wystarczy, bo podloga nie dosc ze zalana piwskiem, winem i inna woda, to po prostu zniszczona, nie przystosowana do tego, zeby ja odkrywac. Bede musiala zamowic firme, zeby mi wykladzine polozyli...

Matko, strasznie nudze, prawda? ...

Tak sobie mysle, ze szkoda mi tej jego nowej dziewczyny. Wdaje sie calkiem fajna, nie znam jej oczywiscie, ale z tego co mi troche K powiedzial. Miala 17 lat, jak jej matka na raka zachorowala, ojciec odszedl, wiec po smierci mamy sama braci wychowala. Podziwiam ja. I tak mi jej szkoda, ze jest tak samo slepa jak bylam ja 10 lat temu... wydawalo mi sie, ze najwieksze szczescie w zyciu mnie spotkalo w postaci K. Rozumiem, ze opowiada jej pewnie jak bardzo mnie kochal, a ja go zdradzilam, jak bardzo kocha dziewczynki (tylko dlaczego w ogole nie spedza z nimi czasu? nie rozmawia? on swoich wlasnych dzieci tak naprawde nie zna!), jak bardzo kocha naszego psa (na spacer jest mu ciezko pojsc, pamietac o jedzeniu lub wodzie, ale kocha kocha... ), jaki jest zaradny (nie potrafi sobie samochodu ubezpieczyc), jak dbal o dom (nie skomentuje nawet...). A ona mu wierzy. Teraz jak patrze na nasz zwiazek z perspektywy czasu, to jestem przerazona, ze przez tyle lat nie widzialam, co on ze mna robi. Musze isc na terapie dla wspoluzaleznionych, zeby znow sie w cos nie wpakowac. Ale tak, jak napisala Alicja - te lata tez byly po cos potrzebne. Teraz wiem juz na pewno czego NIE CHCE, a to juz duzo. Nie znaczy to, ze sie juz nigdy nie pomyle, bo czesto niestety zanizam swoje oczekiwania, ale mam nadzieje, ze jednak uda mi sie jakos trzymac mojej listy oczekiwan i wymagan. Zasluguje na fajnego, silnego facea. I kiedys takiego poznam. Teraz dzieci, dom i praca. Na tym sie skupie.

15:09, zaba791
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 września 2014

Z humorem ostatnio kiepsko. Tylko w pracy, gdzie moge sie oderwac od problemow osobistych, jest dobrze. Nowa szefowa na razie super, pierwszy tydzien za nami i jestesmy soba nawzajem zachwycone. Ale ja nie o tym...

Mam kiepski humor. K pyta co mnie tak naprawde wkurza. Co mnie tak naprawde wkurza? Moze 10 zmarnowanych lat? Moze to, ze po tych 10 latach, gdzie ostatnie 3, jesli nie 5 nawet, to juz byla kupka nieszczescia tak naprawde, on teraz odejdzie sobie (przepraszam, to ja go wyrzucam, a on mi wszystko zostawia) i na spokojnie ulozy od nowa zycie. Wciska takie steki bzdur tej swojej dziewczynie, Kasi, ze az oczom nie wierze! Tak, wiem, okropna jestem, ale skorzystalam z okazji i przeczytalam fragment ich rozmowy. Pojechalam tydzien temu do sklepu, bo obiecal, ze podloge zrobi w pokoju. Sam zaproponowal, ze pomoze, zeby nie bylo. Wiedzialam co mam kupic dokladnie, okazalo sie, ze nia moga mi na miejscu tego pociac, a do samochodu sie nie zmiesci. Dzwonie do niego, a on sie niemal w sluchawke smieje, zeby przyjechala, wziela narzedzia i pojechala sobie pociac. Nie bede gnoja prosic, o nie! A Kasi co powiedzial? Ze sie "zamotalam w sklepie". Ze przez te lata razem, niby robilismy rzeczy razem, ale tak naprawde stalam obok i patrzylam jak on robi. No biedny moj maz ucisniony, zapracowany! Sciany to sie same szpachlowaly i malowaly, sufity tez, a ja stalam obok i patrzylam... Glupoty takie, ale to boli. Po prostu boli. Nie wiem czy dlatego, ze on chyba naprawde tak to widzi? Taki ma obraz naszego malzenstwa - to ja jestem ta zla, bo zdradzilam, on sie staral, kochal, dawal z siebie wszystko, w domu tyle zrobil, a ja zla niedobra teraz go wyrzucam... Placze chyba z frustracji i bezsilnosci... I jeszcze pretensje, ze nie chce mu samochodu dac na randke (w ubieglym tygodniu wlasnie swoj rozwali, trzeci w ciagu 3 lat), teraz chce moim jezdzic. Paliwo, to raz (nie placi mi alimentow drugi tydzien, a przeciez ciagle tu mieszka i na rachuki tez nie placi), dwa boje sie, ze moj samochod tez rozwali, a trzy nie chce, zeby mi w moim samochodzie seks uprawiali, a wiem, ze tak jest. Dziwna jestem? Przesadzam? Odgraza mi sie, ze w takim razie z rozwodem mi tak latwo nie pojdzie...

A jak sie w koncu wyprowadzi i nawet czasami przyjedzie dziewczynki zobaczyc, i nawet moze alimenty bedzie placil, to wlasciwie tyle. On ma teraz wolna droge, ulozy sobie na spokojnie zycie z kims, kto kupi te jego bujdy, a moze nawet dla niej sie zmieni. Mi nie bedzie tak latwo. Mam dziewczynki, to moje najwieksze skarby, ale bliskosc dziecka jest zupelenie inna bliskoscia, niz bliskosc mezczyzny. A kto bedzie chcial samotna matke dwojki dzieci? W dodatku przerazam facetow, mocno stapam po ziemi, spelniam sie w pracy, jestem silna i inteligentna. Oni chca slabej i mniej inteligentntej od siebie. Ja nie potrafie grac, udawac. Lubie stawiac sprawy jasno. Wiem, ze powinnam czasami poudawac, ale po chwili nie mam juz do tego ani sily, ani cierpliwosci. Szkoda mi zycia na gierki. I tak pewnie zostane z dziecmi i kariera. I samotnymi wieczorami. Za tydzien, o ile wszystko pojdzie dobrze, pani Dzidka przyjedzie i zamieszka z nami. Przynajmniej bede miala do kogo gebe wieczorem otworzyc...

K ma sie w ten czwartek w koncu wyprowadzic. Mam nadzieje, ze tym razem juz na pewno. I moze to pomoze mi znowu stanac na nogi.

22:23, zaba791
Link Komentarze (5) »
niedziela, 14 września 2014

To bardzo wazna dla mnie data. Mam nadzieje, ze tego dnia wlasnie znow bede wolna. Oficjalnie i na papierze.

Ostatnio nie jest juz tak dobrze. Coraz wiecej tych zlych dni - kiepskiego humoru, nerwow, hustawki nastrojow. Nie mam zadnych, nawet najmniejszych watpliwosci. To, co mnie chyba najbardziej boli, to ze K jest przekonany, ze nasz rozwod, to moja wina. I nie chodzi o to, ze on tak mysli. Chodzi o to, ze on teraz sobie spokojnie ulozy zycie, ma juz kogos, chyba sie nawet zakochal. I bedzie szczesliwy. Ma pretensje, ze ma sie z domu wyprowadzic (tak, nadal jeszcze tutaj mieszka), niby zostawic mi wszystko. Ale to ja zostane z obowiazkami, z rachunkami. Niby jest super: mam dziewczynki, dom, samochod (K wlasnie rozwalil 3ci samochod w ciagu 2 lat, ale znowu to nie jego wina), dobra praca, finansowo dam rade. Ale...

Nie wiem skad sie bierze moje niskie poczucie wartosci. W pracy jest ok, ale jako kobieta? Niedawno bylam na imprezie firmowej. Schudlam, cwicze regularnie, wrocilam do blondu, wygladam mlodziej, podobno promiennie. Na niedawnej imprezie firmowej szalenstwo, chyba jeszcze nigdy nie wzbudzilam tyle zainteresowania u plci przeciwnej. I co? Wystarczylo na kilka dni. Dlaczego tak bardzo moj nastroj uzalezniony jest od mezczyzn? Dlaczego nie potrafie spojrzec na siebie obiektywnie - jakim jestem czlowiekiem, jak wygladam i na tej podstawie po prostu czuc sie dobrze z sama soba?

Chyba dosyc juz. Pol butelki szampana (dostalam od kolezanki z pracy z okazji awansu, wczoraj sama go pijalam, dzisiaj koncze...), zaczynam bredzic... Nic, wyplacze sie, rano wezme sie do roboty, spedze troche czasu z dziewczynkami, a w poniedzialek z usmiechem na ustach pojade do pracy i znow bede swietna. Przynajmniej w tym sie sprawdzam.

00:14, zaba791
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 sierpnia 2014

I tak powoli zaczyna sie moje nowe zycie. Czekam na termin rozprawy, nie wiem ile to potrwa, ale odwrotu juz nie ma. W tym roku powinnam byc juz rozwiedziona. K ma sie niedlugo wyprowadzic, czeka kiedy zwolni sie miejsce po jego koledze, ktory szuka innego mieszkania. 27go wrzesnia z Polski przylatuje pani, ktora z nami zamieszka - pani Dzidka :)  Zajmie sie dziecmi jak opiekunka, ktora normalnie i tak mam, pomoze mi w prowadzeniu domu. Taka trzecia babcia dla dziewczynek. Finansowo podolam (bede placila mniej, nize opiekunce, ale plus mieszkanie i wyzywienie), bede czula sie bezpieczniej i bede miala wiecej swobody - bede mogla nawet zaszalec i wyjsc sobie w weekend! Ale to jeszcze troche czasu...

W pracy 15go wrzesnia zaczynam prace na nowym stanowisku. Szybko to sie potoczylo, uslyszalam o pozycji, aplikowalam, z 65 kandydatow wybrali na pierwsza rozmowe 7, miala byc jeszcze druga, ale zaproponowali mi stanowisko. I zaczynam. Nowy produkt, ktorego jeszcze w Europie nie mielismy, wiec wazne jak cholera i wszyscy o tym mowia. Bedzie wyzwanie, wiec to, co tygryski lubia najbardziej.

K od wczoraj sie z kims spotyka. Znowu pofrunal na randke. I na zdrowie, super! Moze sie nie stoczy, moze jeszcze bedzie szczesliwy, ale przede wszystkim da mi spokoj. Jedno tylko mnie smuci - bedzie mial gdzies dzieci. Teraz nawet sie z nimi nie pozegnal, Mania za nim wybiegla, ale chcial jak najszybciej jechac sobie... No taki tata, co poradzic. Szkoda mi dzieci. One przezywaja bardzo, od dwoch tygodni sa nie do zniesienia, wszystko na nie, zlosc, krzyki, placz. Rozumiem i powinnam cierpliwie to znosic, ale mi tez nie jest latwo, wiec roznie z ta cierpliwoscia jest...

Jednak i tak widze juz zmiany - jestem spokojniejsza, radosna, mam duzo wiecej energii. Zaczelam znowu cwiczyc, widze juz efekty, dzisiaj na luzie weszlam w spodnie, ktore do tej pory byly baaardzo obcisle, a na gorze wychodzil mi muffinek ;) a teraz jest super.

Rozmawialam z moja mama - widze, ze sie przejmuje, ale zaczyna wierzyc w to, ze bede jeszcze szczesliwa. Ciagle sie zastanawia jak ja moglam tak dlugo wytrzymac. Sama nie wiem. Ale teraz juz do przodu. I chociaz sa gorsze dni (albo gorsze 3 dni), to ogolnie jest dobrze. Maly flirt z 26-latkiem tez pomagal, ale sie skonczyl (gadanie tylko, i tak, ten z imprezy wtedy :), ale na zwiazek nie jestem gotowa. Flirt to co innego, ale po miesiacu gadania to troche przestaje byc flirt. Bezpieczniej tak :)

18:31, zaba791
Link Komentarze (6) »
wtorek, 12 sierpnia 2014

W poniedzialek pani prawnik zlozy wniosek o przyspieszenie terminu rozprawy. Ze wzgledu na jazdy w piatkowa noc. Trzymajcie kciuki. Jak sie uda, to do swiat bede rozwodka! :)

17:10, zaba791
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Dwa tygodnie w Polsce - piekna pogoda, slonce, upal, jezioro, lasy, plaza. Czas z dziewczynkami. Przez tydzien denerwowalam sie myslac, jak zareaguja moi rodzice na wiesc o rozwodzie. Po tygodniu im powiedzialam. Nie bylo "a nie mowilam/em? Zmarnowalas sobie zycie. Zobacz, co robicie dzieciom". Zamiast tego bylo "jak ty to wytrzymalas tyle lat? pomozemy ci, damy ci pieniadze na rozwod, tylko juz nie zmieniaj zdania". Jaka ulga! I wsparcie, ktorego tak bardzo potrzebowalam. Moze powiedzialam im nawet za duzo, martwia sie, mysla ciagle. Ale wiem, ze sa, ze mnie wspieraja, ze mnie kochaja. W sumie czego innego moglam sie spodziewac? Mam naprawde cudownych rodzicow.

Reakcja tesciowej, do ktorej pojechalysmy pod koniec pobytu w Polsce, byla troche inna. Zapytala: "Ale on nie wraca do Polski, nie wprowadzi sie do mnie, prawda?". Jej jedyny syn. Moze gdybym 10 lat temu sluchala, co ona i jego rodzina mi mowili, gdyby to do mnie docieralo, nie byloby teraz rozwodu, bo nie byloby slubu. Ale stalo sie, nie ma co roztrzasac "co by bylo gdyby". Teraz trzeba isc do przodu.

Po urlopie wrocilam opalona i promieniejaca. Odpoczynek, ale tez wreszcie ta spokojna pewnosc, ze to jedyne i najlepsze wyjscie, sprawily, ze ludzie gapali sie na mnie jak na jakies zjawisko. Kolezanka zapytala nawet, czy kogos w tej Polsce poznalam :) (odpowiedz brzmi nie).

Przed samym wyjazdme jeszcze bylam na imprezie firmowej z kolezanka. Tanczylysmy, bo obie chodzimy na imprezy potanczyc, z dwoma Wlochami. Mlode toto, przystojne, ale dzieciaki. Tym bardziej wiec bylam zaskoczona, ze... podobam sie nie jednemu, ale obydwu! Poszlismy pozniej do innego klubu, z fajniejsza muzyka, otwartego do pozna. Przed wyjsciem oni jeszcze rozmawiali z jakimis dziewczynami i jedna z nich powiedziala do mnie, ze jestem "latwa". Myslalam, ze sie przeslyszalam i odpuscilam. Zreszta to ponizej mojego poziomu bylo. Z klubu wyszlam z jednym z nich ok. 3 nad ranem, zlapalismy razem taksowke, podrzucilam go do domu i oparlam sie pokusie wejscia do niego "na drinka". Nie powiem, moje ego uroslo, ze chlopak 9 lat (!!!) ode mnie mlodszy, a taki we mnie wpatrzony. Ale pojechalam grzecznie do domu. Tydzien pozniej ktos zalozyl sobie anonimowy profil na fb i znalazl K - powiedzial mu, ze wyszlam z kims razem z klubu i nie wiem co tam jeszcze. Oczywiscie jazda, na szczescie tylko przez telefon. Niemal zalowalam, ze nie weszlam na tego drinka, mialabym przynajmniej za co miec te jazde. Domyslam sie, ze to kolezanka, ktora mnie "latwa" nazwa, bo "mojego" Wlocha od jakiegos czasu molestuje telefonami i prosbami o randke. Wniosek? Jak na moje 35 lat wygladam calkiem calkiem (nie ukrywalam wieku), potrafie sie jeszcze bawic i jesli kiedys bede miala nagla fizyczna potrzebe, to na pewno znajdzie sie ktos fajny, kto ja zaspokoi. O zwiazku na razie na pewno nie mysle.

Wrocilam do domu i roznie. Na poczatku niby sie jeszcze staral, ale tak na pol gwizdka - w domu balagan, ale przynajmniej trzezwy, zadnych zniszczen (przed wyjazdem odmalowalam dwa pokoje i sufity w nich). Ale ja trzymam dystans. W piatek byly jego urodziny. Upil sie oczywiscie, zawsze tak swietuje urodziny. Przylazl do mnie, rozebral sie i mowi, ze nadal jestem jego zona (kilka dni wczesniej powiedzial, ze juz nie ma zony i moze robic, co chce) i mam spelnic obowiazek malzenski. Kiedy powiedzialam "nie", stwierdzil, ze mnie zgwalci i upokorzy. Ostrzegalam, prosilam. Nie skutkowalo. Skonczylo sie na tym, ze wykorzystalam jego madre rady dotyczace samoobrony i jedna lekcje kickboxingu - obilam mu za przeproszeniem morde (oboje oczu podbite), pogryzlam i podrapalam, jego klejnoty powaznie ucierpialy (scisnac i skrecic, dziala). Pewnie gdyby chcial, to by mi przylozyl tak, ze rozplaszczylabym sie na scianie, ale ograniczyl sie tylko do sciskania nadgarstkow na granicy zlamania (bola do dzisiaj). W koncu jego bol byl wiekszy, niz moj i puscil. Do dzisiaj ma podbite oczy (wsadzenie palca w oko tez dziala). Nastepnego dnia pojechalam na policje i zglosilam to. Na wszelki wypadek, bez zakladania mu sprawy.

Pani prawnik ma w tym tygodniu zlozyc wniosek (liczylam, ze dzisiaj to zrobi, ale jeszcze sie nie odezwala), poprosi tez o wyznaczenie szybkiego terminu rozprawy. W tym roku, jesli K dotrzyma obietnicy i zgodzi sie na warunki (a warunki stawiam naprawde male, zeby sie go pozbyc po prostu i miec spokoj), bede rozwiedziona. Trzymajcie kciuki!

Dziewczynki czegos sie domyslaja, slyszaly nasza awanture kilka dni temu, kiedy mu wykrzyczalam, zeby sie wyprowadzil. Sa poddenerwowane, przezywaja, ale bez dramatu. WIem, ze Zosia bedzie smutna, ale zrozumie. Marysia z kolei pewnie szybciej sie otrzasnie i nie bedzie tyle myslala. Tylko K nie chce sie wyprowadzic. Powiedzial, ze za tydzien, ale nie widze zeby szukal czegos do wynajecia. A ja chce tylko spokoju, nie ogladac jego napuchnietej od alkoholu geby, nie czuc smrodu przetrawionego alkoholu, nie ogladac pokoju zawalonego puszkami i butelkami, nie sluchac jego bluzgow, kiedy gra na komputerze, spac w swoim lozku, a nie na kanapie na dole. Miec swiety spokoj.

Rozpisalam sie, ale to hurtem za kilka tygodni :)

Acha, jeszcze jedno! W pracy aplikowalam na wyzsze stanowisko, z 65 kandydatow na rozmowe wybrali 7, a po niej stwierdzili, ze chca mnie (mialy byc dwie rozmowy). 15go wrzesnia zaczynam prace na nowym, wyzszym stanowisku :)

22:36, zaba791
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42