Nie ma to jak zaczynac od poczatku, z niezlym bagazem doswiadczen!
Blog > Komentarze do wpisu

Polak za granicą.

Dziś trochę inaczej - nie o oczekiwaniu na dziecko, nie o domu, o nas, o mnie, ale o pracy w Irlandii. Nie będzie to elaborat, choć wątków mogłabym wprowadzić wiele, ale to, co ostatnio dzieje się w pracy u Kocura przechodzi ludzkie pojęcie.

Polacy od początku przez wielu (np. Czechów) oskarżani byli o"psucie" rynku pracy. Dobrzy pracownicy, fachowcy, pracujący ciężko bez wymigiwania się, często zgadzali się pracować za stawki poniżej ustawowych najniższych, nie odpominali się o swoje prawa, bojąc się utraty pracy. Taki "psychiczny uraz" jeszcze z Polski, gdzie rpacodawca mógł powiedzieć "nie podoba się, to won!" i nic nie można było z tym zrobić. Muszę przyznać, że sama też czasami uspakajałam Kocura, żeby nie wysuwał się za bardzo przed szereg, z obawy, że może stracić pracę. Tymczasem prawo pracy w Irlandii stoi po stronie pracownika i naprawdę są sposoby, żeby zmusić pracodawcę do egzekwowania jego przepisów. Znam kilka osób, które podały pracodawcę do sądu i wygrały, a na rozprawę nie musiały czekać wiekami, jak to ma miejsce w Polsce.

Sytuacja Kocura (i nie tylko) wygląda następująco. Agencja zatrduniła stolarzy do pracy przy remoncie 4-gwiazdkowego hotelu. Kontrakt ma szkocka firma budowlana, która właśnie przez agencję ma pracowników. Czy firma płaci agencji, agencja ostatecznie pracownikom. Chłopaki na początku usłyszeli, że "firma jest mała i ma mały budżet, więc nie może płacić im nadgodzin", ale jeśli chcą pracować, to muszą pracować codziennie po 10 godzin (czyli 2 nadgodziny).  Sytuacja w budownictwie jest w tej chwili bardzo kiepska, więc trzeba trzymać się tego, co się ma. Firmy wykorzystują więc sytuację i żerują na pracownikach licząc na to, że nie podniosą głowy bojąc się właśnie utraty pracy. W grudniu pojawił się u nich pan ze związków zawodowych. Związki zawodowe mają tutaj siłę, skupiają przedstawicieli różnych zawodów, nie tylko w ramach jednej firmy, ale w całym kraju, stąd ich siła. Pan kiedy zobaczył payslipy (wydruki z detalami cotygodniowych pensji), złapał się za głowę - dawno nie widział, żeby ktoś tak łamał prawo pracy. Najniższa ustatwowa stawka - nie zachowana, traveltime (pieniądze za dojazd do pracy) - nie płacone, nadgodziny - nie płacone, a wszystko to pracownicy mają prawnie zagwarantowane. W grudniu, po interwencji pana ze związków, agencja zapłaciła chłopakom za część nadgodzin, po czym tuż przed świętami odliczyła to sobie spowrotem od ich pensji (zupełnie nielegalne!!!). Nie będę pisać o kolejnych przepychankach, dyskusjach, bo szkoda czasu. Ostatecznie chłopaki co tydzień słyszą, że pracują tam już ostatni dzień, natomiast pan ze związków zapewnia, że dopilnuje, żeby chłopai byli ostatnimy, którzy zejdą z budowy. Rozmowy z agencją nie dały żadnych skutków (firma im nie płaciła, oni nie potrafili nic od niej wyegzekwować, już na samym początku zresztą źle ustalili warunki współpracy), pan ze związków zaangażował więc we wszystko agenta firmy i .... managera hotelu. Jest to jeden z najbardzizej znanych i prestiżowych hoteli w Dublinie, więc wizja pikiety oszukanych pracowników (nieważne, że nie bezpośrednio przez hotel) przed hotelem, w obecności kamer i mikrofonów, niezbyt przypadła managerowi do gustu. Dzisiaj rano odbywa się więc spotkanie: manager hotelu, pan ze związków, chłopaki (piszę "chłopaki", ale tu chodzi "tylko" o Kocura i naszego kolegę M, pracują razem i tylko oni podnieśli głowy i zaczęli walczyć o swoje), szef firm ściągnięty specjalnie na to spotkanie ze Szkocj, agent prjektu.

Właśnie zadzwonił Kocur. Nic, kompletne zero, nic nie udało się załatwić. Pan ze związków okazał się kompltenie nie przygotowany, stanęło na tym, że to wszystko to wina agencji, a chłopaki nie musieli zostawać po godzinach, bo nikt im nie kazał (sic!). Chłopaki nie dostaną więc żadnego wyrównania, dobrze chociaż, że chyba jeszcze przez chwilę będą mieli pracę, ale atmosfera w pracy... jaka będzie, każdy może sobie wyobrazić.

Jest jeszcze jeden wątek. W sobotę jeden z Polaków wdał się w sprzeczkę z innym z pracowników, Szkotem, zatrudnionym bezpośrednio przez firmę, która prowadzi kontrakt. Marian należy do spokojnych ludzi, jego angielski do raczej kiepskiego angielskiego, więc nie mógł ani specjalnie sprowokować, ani "napyskować" facetowi. Szkot przewrócił go na ziemię i skopał tak mocno, że M wylądował w szpitalu, gdzie spędził 3 dni. Lekarz chciał wypisać mu zwolnienie  na 2 tygodnie, ale on uparł się, że po tygodniu wróci do prac. Agent budowy wspaniałomyślnie zapłacił mu za ten tydzień, kiedy nie pracował i obiecał zwolnić Szkota. Zapłacić zapłacił, ale ze Szkotem żyje nadal w najlepszej komitywie, klepią się po plecach, opowiadją dowcipy, śmieją się głośno. Sprawa kwalifikuje się na karną, ale M nie kwapi się, żeby coś z tym zrobić. Znów, boi się utraty pracy (a pracy przy tym projekcie jest jeszcze może na 2-3 tygodnie). Szkot z kolei nabrał takiej pewności siebie, że wczoraj znów próbował się szarpać z innym Polakiem, tym razem wszystko "rozeszło się po kościach". Żadnych konsekwencji, M potulnie pracuje, a Szkoci chodzą jak panowie udzielni i śmieją się z Polaków.

Przygnębiające jest to wszystko... Wyzysk i poniżanie. Przyjechaliśmy tu do "lepszego kraju", bo w Polsce nie było pracy. Jest lepiej, jest łatwiej, jakoś się tu urządziliśmy, ale chyba już zawsze będziemy obywatelami drugiej kategorii. Irlandczycy nie pamiętają już jak ich krewni jeździli do USA i tam byli traktowani podobnie. Teraz to oni wykorzystują nas, Rumunów, Litwinów i inne narody. Nie wszyscy oczywiście i nie wszędzie. Moja praca, moje stosunki w pracy są zupełnie normalne, polska narodowość jest wręcz atutem, bo często służę za tłumacza, nie tylko dla klientów indywidualnych, ale też biznesowych. Ech... przygnębiło mnie to wszystko... Korzystając z dnia wolnego (mała jest już tak nisko, że potwornie naciska tam na dole, po trzech dniach pracy muszę dzisiaj odpocząć, zeby jeszcze jutro pójść, więc zadzwoniłam i "zrobiłam sobie wolne") ogarnę trochę dom, może podwórko też, pójdę z psem na spacer (pogoda jest piękna, świeci słońce, jest ciepło i wreszcie nie pada!). Spokojny dzień, bo niedługo niewiele już takich będzie :) Miłego dnia!

czwartek, 24 stycznia 2008, zaba791

Polecane wpisy

  • Jak by to napisać?...

    Pewnie zadziwię Was wpisem po tak długim milczeniu. Ale tak na chwilkę postanowiłam zajrzeć na znajome blogi, więc przy okazji i ode mnie parę słów. Decyzja pod

  • No dobrze, napiszę więc parę słów.

    Ja po prostu nei mam czasu! Rano biegiem prysznic, kawa, bajgel z miodem, makijaż (5 minut) i chociaz chwila z dziewczynkami. Potem do pracy. W pracy ostatnio n

  • Polskie zagłębie w chińskiej dzielnicy w irlandzkim Dublinie.

    Sprzedaliśmy samochód! Szkoda trochę było, ale siła wyższa. Dzięki temu pojawiły się pieniądze, które mogliśmy tak po prostu wydać. Wybraliśmy się więc do centr

Komentarze
2008/01/24 11:29:49
Znam to:) Miałam podobną sytuację.
W WB jest podobnie. Wyzysk i brak szacunku. Miałam stałą pracę. Na kontrakt.Ale pewnego dnia nie wytrzymałam i rzuciłam pracę. Odbiłam w trakcie zmiany karte i wyszłam.Na rozstrzygnięcie czekałam miesiąc. Zakład płacił mi za siedzenie w domu ale nie ukarał osoby, która była winna zaistniałej sytuacji (to była kierowniczka linii) tylko mnie. Przeniesli mnie na inną linię(niby dla mnie miało być dobrze)Nie zgodzilam sie na to. Napisałam wypowiedzenie a jako powod podalam dyskryminacje.
I wróciłam do kraju... Nareszcie do siebie:)
Pozdrawiam:)
-
2008/01/24 11:35:08
Zazdroszczę Ci powrotu do Polski, a jednocześnie nie potrafię sobie nas wracających do domu wyobrazić. Trochę się tu już urządziliśmy - kupiliśmy dom, ja mam bardzo dobrą i stabilną pracę, studia, za które płaci mi firma, możliwości rozwoju. Tylko Kocur nie potrafi się odnaleźć i to mnie martwi. A poza tym w Polsce chyba nadal mielibyśmy problemy ze znalezieniem pracy... Sama nie wiem. Wiem tylko, że cała ta sytuacja doprowadza mnie do szału! Jak można tak traktować ludzi? Nie rozumiem tego...
-
2008/01/24 16:30:12
Jestem szczęśliwa z tego powodu, ze jestem z rodziną. Cała reszta to jeszcze wielkie nic. Pieniądze guzik warte. Praca jak praca. tez za niewielkie piniądze. Nie mam pewnosci, ze znow nie wyjade. Ale zapewne juz nie GB. Moze tym razem inny kraj.
Twój Kocur.... Moze potrzebuje czasu? A tez nie kazdy umie sie odnaleźc w takiej, bądź co bądź, innej rzeczywistosci....
Pozdrawiam i trzymam kciuki:)
-
2008/01/24 18:01:56
no właśnie tak to niestety jest - musisz wybierać, albo jesteś z rodziną i przyjaciółmi, albo żyjesz na normalnym poziomie, pieniądze starczają spokojnie... co do Kocura, to mam nadzieję, że to kwestia czasu, ale jesteśmy tu już ponad dwa lata i co myślę, że zaczyna się tu odnajdywać, to znowu coś się poprzestawia i znów jest kiepsko. Ostatnio wpadł na pomysl wyjazdu do Australii. Dla mnie to stanowczo za daleko :( ze względu na dziecko, które w drodze, na razie odłożyliśmy tę rozmowę, ale nie wiem czy za jakiś czas nie zacznie naciskać. I co wtedy?
W każdym razie, żeby Tobie ułożyło się w Polsce z pracą, zebyś nie musiała już wyjeżdżać. Pozdrawiam serdecznie :)
-
2008/01/25 07:05:06
Hehehe... Mój syn ostatnio tez wspominał o Australii:)
A tymczasem zapraszan do odwiedzin mojego bloga:)
Pozdrawiam:)